czwartek, 3 listopada 2011

Przestępca przegrywa w scrabble.

Mamy nowy samochód, bo poprzednim nie dawaliśmy rady podjeżdżać pod naszą górkę na wsi. Jakby ktoś chciał skomentować, że to dlatego, że cały czas jemy, to nie ma do końca racji, bo cały czas nie jemy. Czasami jeździmy. Pisze czasami, bo nigdzie się nie śpieszymy. Jak przypomni mi się ilość przesiadek, transferów i lotów na Filipinach, to od razu mi lepiej, że tym razem zwolniliśmy. Teraz, przyjmując zasadę: take it easy, nikt niczego nam nie narzuca. Tak przynajmniej nam się wydawało.

Ruszamy znów na wschód tym razem bardziej na południe. Trasa super. Znów przejeżdżamy przez miejscowości specjalizujące się w wyrobie jakiś produktów, które lądują w drogich sklepach w Europie i USA. Ulice szklanych figur, kafli, drewnianych kotów zaliczone. Zupełnie na nas to nie zrobiło wrażenia. W przeciwieństwie do ulicy, gdzie sprzedawano ogromne blaty drewniane. Pewnie każdy miał 4-5 metrów i był wypolerowany z niesamowitą dokładnością. Coś wspaniałego. Ja mam w ogóle odjazd na punkcie drewna i tylko czatuję na moment nieuwagi Magdy, bu sobie coś znów kupić. W tym roku nie przywiozłem jeszcze żadnej rzeźby, więc coś mi się należy od tego życia. Mam możliwość zabrania nadbagażu, więc muszę z tego skorzystać!
Jedziemy przez kolejne miejscowości. Trasa nieskomplikowana na GPS widać gdzie mamy dojechać. Tylko dwa razy zdarzyło nam się pojechać pod prąd, bo mają tutaj dość ciekawy system przemianowywania ulic dwukierunkowych na jednokierunkowe, w zależności od pory dnia. I tak nagle jedziesz ulicą dwukierunkową i pojawia się ruchomy znak, że teraz to „ona”, czyli ta ulica, jest właściwie jednokierunkowa. Dotyczy to najczęściej godzin 06:00 – 19:00, więc pewnie nie raz trafimy na coś takiego.

Wjeżdżamy do Sanur, kończy się „autostrada” i nagle zmienia się światło. Mam skręcić w lewo. Jest czerwone. Zatrzymuję się. Pech chciał, że pod samym posterunkiem drogowym policji. I tutaj rzucają się nam mnie 2 policjanci, którzy wymachując żółtymi chorągiewkami karzą zjechać na bok. Uff, myślę sobie. Uśmiechamy się po panów szczerze. A jeden z nich, ni stąd ni z owąd, zaczyna na mnie krzyczeć, że na Bali jak jest skręt w lewo (tutaj jest ruch lewostronny) to nikt nie staje na czerwonym świetle, tylko skręca. Byliśmy 20 metrów od parkingu na plaży i zostaliśmy zatrzymani przez policję! Ale pech! Pan kazał pokazać dokumenty samochodu i moje prawo jazdy. Jak zobaczył, że jest to europejskie prawo jazdy to powiedział, że jestem przestępcą i nie wolno mi prowadzić samochodu. Zmierziło mnie, bo jeszcze nigdzie na świecie nie kwestionowano naszego prawa jazdy. Ok w umowie wynajmu samochodu było napisane, że międzynarodowe prawo jazdy jest wymagane, ale powiedziano mi także, że policja na to przymyka oko. Policjant (pewnie Wayan, bo pewny siebie i mocno upierliwy) powiedział, że będę miał sprawę w sądzie i że czeka mnie spora kara. Nie mniej niż 200USD. Może nawet więzienia. Zaczął jeszcze bardziej krzyczeć i powiedział, że mnie nie przepuści. No to, jak w Polsce, czego akurat nigdy nie robię, zapytałem jakie mamy rozwiązanie. To się możemy dogadać, powiedział. Wyjmuję portfel, a tam mam tylko 20,000 rupi indonezyjskich, czyli niewiele ponad 2 USD. Kicha. Zawsze dbam o to, żeby mieć lokalną gotówkę. Ale chciałem ją wymienić za te 20 metrów, przy samej plaży. Pan powiedział, że to za mało i tutaj jest bankomat, jak nie chcę iść do więzienia. Z bankomatu nie skorzystałem, ale poszedłem do banku, zostawiając Magę z panem policjantem. A w banku mi mówią, że nie wymienią mi USD bo banknoty są serii A, a oni serii A nie biorą. No to zagadałem do menedżerki, że mam sytuację podbramkową i jest mi potrzebna kasa na lekarza. Ugięli się i łaskawie wymienili. Policjant nie głupi, zażądał 50 USD. Na tutejsze warunki, gdzie można spokojnie zjeść lunch na 2 USD to kwota dość kosmiczna. Jak wróciłem z banku, to najpierw zapytał co robię (powiedziałem, że jestem nauczycielem, bo co się będę wymądrzał), ile mamy dzieci i skąd przyjechaliśmy. Okazał się zupełnie miłym człowiekiem. No tak, tak się zmienił jak zobaczył mój portfel, z którego wziął sobie sam niezłą sumkę. Już teraz wiem, że mógłbym mu dać połowę, gdybym tylko na początku samego zajścia miał wystarczającą ilość gotówki. Mam nadzieję, że już policji nie spotkam, a tak na przyszłość to mam 50,000 IND w kieszeni spodni. To standardową wysokość łapówki.

W Sanur było +35C. Upal niemilosierny! Plaża z jednej strony czarna, niesympatyczna. Z drugiej strony zupełny raj. Szeroka, złocista, idealnie czysta. Tylko zupełnie nie było turystów. Nie wiem, czy to dlatego, że jest po sezonie, czy po prostu tak jak my wszyscy korzystają z basenów kilku hoteli zbudowanych nad samym morzem. Jeden nawet specjalizuje w ślubach, ponieważ przed jednego fasada zbudowano kompletnie coś idiotycznego, czyli szklaną kulę o wysokości 3-4 pięter, która stanowi salę/pałac ślubów. Nie wyobrażam sobie jaka tam musi być temperatura wewnątrz. Bez włączonej klimatyzacji, to na pewno +60C. Masakra. Ale jak ktoś chciały taki ślub, to służę adresem. Tylko trzeba pamiętać, żeby pan młody miał odpowiednie prawo jazdy, bo zamiast na ślubnym kobiercu mógłby stanąć przed obliczem Temidy.

Wieczór zakończyliśmy partią scrabbli w jednej z naszych ulubionych restauracji. Niestety zostałem pokonany, ale tylko dlatego, że Magda wyciągała ulubione litery scrabblistów: ń,ź,ć i ś układając je, jakiś trafem, także na czerwonych polach. Mimo wszystko tego dnia czułem się wygrany. Nie wylądowałem w więzieniu i oficjalnie nie jestem jeszcze przestępcą. I niech tak zostanie!

Nie topless w drodze na wschód.

3 poranne sms obudziły nas z lekkiego letargu. O 07:53 Wayan, nasz mocno namolny kierowca, postanowił nam umilić dzień pytając się jak się mamy. Mieliśmy się dobrze i zaraz zadzwoniliśmy do „naszego” Wayana – zarządzającego wioską, że pilnie potrzebujemy wynająć samochód. Przyjechał jeden, ale widać było, że pan coś lekko kombinuje, bo zamiast standardowej umowy miał tylko małą karteczkę z napisem „reservation”. Zachowałem się asertywnie i powiedziałem, że „na krzywy ryj” to niestety nie możemy wynająć samochodu, bo to jest za poważna sprawa. Przyjechał drugi. Wsiedliśmy do niego. Mały, zupełnie jak Matiz, Suzuki Karimun (chyba). Ale było OK. Pierwsze 2 km były lekko dramatyczne. Bo nie tylko, że pod górę, ale w dodatku w mieście. A tutaj nie obowiązują zbyt rygorystyczne zasady. Właściwie motory(nki) mogą wszystko. Jechać pod prąd, wciskać się, przed lub obok samochodu, zawracać gdzie chcą. Ludzie jeżdżą często bez kasku. Zdarzyło nam się już spotkać 4 osoby na jednej „maszynie”.

Postanowiliśmy wynająć samochód z przyczyn praktycznych. Nie mamy już tzw. ”parcia” na atrakcje – bo jak sprawdziliśmy, te główne już widzieliśmy, a samochód daje swobodę i zupełnie inne przyjemności. Do ich na pewno należy eksploracja terenu. Bez szczegółowej mapy i tylko z ledwie działającym GPS udało nam się wybrać trasę i kierunek. Wschód. Jedziemy nad morze się wykąpać. Taki jest plan, ale nie wiemy ostatecznie jak długo nam to zajmie, ani czy na pewno będzie to takie morze jak chcemy.
Na trasie dość spokojnie. Nikt nas nie zaczepił. Droga nadzwyczaj dobra, szeroka, asfalt w stanie OK. Po drodze, zupełnie tak gdzieś w polu zachciało nam się czegoś napić.



Stanęliśmy i doznaliśmy nieprzeciętnych doznań kulinarnych. Wyobraźcie sobie pana, może nieco młodszego ode mnie, z lekkim wąsikiem, który ma na własność grilla, czyli swój własny biznes. Gill jest wąski, tak aby na nim mogły być ułożone równo i „smażone” rybne satay, czyli kawałeczki ryby w jakiejś zaprawie grillowane na dymie z liści bananowca. I pan, biznesmen, stoi i robi setki takich satay w ciągu godziny. Wygląda to tak jak taki typowy take-way, do które co kilkadziesiąt sekund z piskiem opon podjeżdża ktoś na motorze i kupuje zapakowane w papier i, obowiązkowo plastikową torebkę, zestaw satay. To czego, ktoś nie kupi tuż po grillowaniu wkłada do pojemnika i pewnie sprzedaje wieczorem jako odgrzane. Spróbowaliśmy pewnie ze 4 rodzajów, i chyba najlepszy był z rybą podobną do tuńczyka. Czuć było pikantne chilli wraz ze słodkim sosem sojowym. A to wszystko za 30 groszy za sztukę. Niebo w gębie.

Zachęceni dobrą rybką skusiliśmy się na mango smoothie.


To już inny biznes. Tutaj młoda dziewczyna, zupełnie jak w Starbucks’ie przygotowała napój bogów. Jedno żółte mango na osobę, niewielka ilość mleka kokosowego, trochę wody mineralnej z bombelkami i siuuup do blendera. Teraz tylko na dno plastikowego przezroczystego kubka (jak w Starbucks) trochę śmietanki kokosowej, na ściany niewielkie ilości kakao/czekolady. Teraz najlepszy moment. To co udało się zmiksować w blenderze wlała delikatnym ruchem do naczynia w taki sposób, że kakao stworzyło głęboko brązowe smugi. No nie, musimy to kiedyś powtórzyć w domu. Albo tu wrócić. Tylko skąd w Europie żółte mango? To co jest w Lidlu – jest super, ale to zupełnie inna odmiana. W ogóle, pewnie gdzieś to już pisałem, do Azji przyjeżdża się jeść mango. To jest najbardziej popularny owoc na świecie. Pewnie jedzone przez 4 miliardy ludzi. Codziennie.
Wystąpiłem w roli modela, bo kilka rodzin z restauracji, do której przytulony był grill zapragnęło sobie zrobić zdjęcie z grubszym, uśmiechniętym i białym człowiekiem. A że byli mili, to i ja strzeliłem im kilka fotek. Też zapragnąłem zrobić zdjęcie, ale głównie ze szczupłymi, uśmiechniętym!

Kolejne 2 kilometry i niespodzianka. Na naszej drodze pojawiła się świątynia.




Dziesiątki straganów. Zero turystów, bo to mocno po południu. Musi być ważna, stwierdziliśmy. Wchodzimy. Najpierw parkujemy. Pan wita nas okrzykiem good morning. Potem zbliżamy się do kasy, a po drodze inny pan zakłada nam sarongi, tak abyśmy nikogo nie obrazili. Pytają, skąd jesteśmy. Na koniec trzeci pan mówi, że nie topless. Patrzę na Magdę. Rzeczywiście nie topless. Ale to chyba dobrze, że nie topless, bo jesteśmy w świętym miejscu. Pan, jeszcze ze 4 razy powtarza, nietopless, już bez pauzy między głoskami. Zagadujemy o co chodzi z tym nietopless, oczywiście po angielsku. A na to pan: this is bat and rat temple, czyli, że to świątynia nietoperzy i szczura. Teraz już zajarzyliśmy, że nietopless to po prostu nietoperz.

Nietoperzy były tysiące. Zwisały, latały, kiwały się, wrzeszczały i nawet piszczały od czasu do czasu. Widok niesamowity, tym bardziej, że wokół nich biegały szczury, karmione i czczone przez Balijczyków. Ciekawe miejsce, okryte bez mapy i bez szczegółowego wertowania Internetu.


Po powrocie okazało się, że jest to jedna z siedmiu głównych świątyń Bali, więc trafiliśmy do najbardziej właściwego miejsca. Na koniec tylko przetrenowaliśmy panów w kwestii nietopless i nietoperz, tak aby uchronić ich przed gorszącym dla nich, nie dla nas, widokiem nagich ciał kobiet z Polski. Modelki z Tap madl miały by tu problemy.


Dojechaliśmy do Pangabaj na rybkę. To wschodnia część Bali i ucieszyliśmy się, że nie wylądowaliśmy tutaj w innej eco village, bo plaże ciemne (pewnie wulkaniczny piasek), atmosfera podobna do innych niewielkich kurortów. To raj dla nurkujących, a my takimi jeszcze nie jesteśmy. Była spora szansa, że wpakowano by nas na prom do Lombok, bo niechcący wjechaliśmy do portu. Już już podjechaliśmy pod nabrzeże, kiedy panowie zorientowali się, że nie zapłaciliśmy za bilety, a my, że to nie żaden parking tylko port! Prawie, że załadowali nas na spory prom.

Wieczorem tradycji stało się zadość. Cudne jedzenie, tym razem w restauracji u Amerykanki z Nowego Jorku, która zakochała się w Balijczyku, po 4 dniach pobytu na miejscu. Nieźle, nieźle. Lekko usmażone spore kawałki tuńczyka, obtoczone w delikatnie utłuczonym pieprzu, na 4 rodzajach sałaty z , lokalnie zrobioną, musztardą muśniętą na różowe, bo nie spieczone, mięso. Deseru nie mogliśmy sobie odmówić. Tarta z kruchego ciasta (ale na pewno nie pszennego) z jabłkami pokrojonymi w bardzo cienkie plasterki, oprószonymi świeżo startym cynamonem, upieczonymi na delikatnie osłodzonym cukrem palmowym rabarbarem. Ręcznie robione lody waniliowe dopełniły dzieła.

Czy ja w życiu robię niewłaściwą robotę. Chyba jednak powinienem więcej czasu spędzać doświadczając kulinarnych uniesień. Obiecują jeden z tekstów poświęcić tylko lokalnym restauracjom.

środa, 2 listopada 2011

Szkoła gotowania i czego my nie wiemy o Ketumbar, Isen lub Kunyit.

Najlepszym kanałem telewizyjnym jest Kuchnia.TV. Przede wszystkim dlatego, że uczy otwarcia na świat, tolerancji, szacunku dla kultur, szacunku dla ludzi i ich pracy. Dzisiaj właśnie przeżyliśmy coś, co można nazwać połączeniem kuchnia.tv z telewizją edukacyjną. Ale taką LIVE. Bez możliwości powtórki tego co się zrobiło, z wszystkim tego konsekwencjami. Ale też z publicznością na żywo. Jak mówiliśmy u nas w wiosce, że idziemy na lekcje gotowania, to padała tylko jedna nazwa Casa Luna. To jest kolejne miejsce kultowe w Ubud, gdzie spotykają się miłośnicy najlepszych smaków.

Casa Luna, to instytucja, bez której krajobraz gastronomiczny byłby nieco ubogi. CL została założona w latach ’80 przez Australijkę Jeanette, która jak wiele kobiet z tamtej części świata zaczęła odkrywać Bali w czasach, gdzie nie było bieżącej wody, a prąd był dostarczany tylko przez kilka godzin w ciągu dnia. Sama opowiadała, że po 2 dniach pobytu na Bali zakochała się i została tutaj tworząc spore, bo składające się z chyba 5-6 restauracji, imperium. COŚ chyba musi być w tych facetach na Bali, bo to już kolejna kobieta, która opowiadając swoją historię życia wspomina o tym, że miłość do Balijczyków następuje gwałtownie i namiętnie. Czyli, że 2 dnia się zakochują, a 3 dnia planują ślub. Dobrze, że my tutaj jesteśmy już 4 dzień. Panowie chyba nie są już zagrożeniem;).

Szkoła mieści się w jednym z jej hoteli o dźwięcznej nazwie Honeymoon Guesthouse i wygląda na prawdę przyjemnie. Wpadliśmy na ostatnią chwilę, myśląc, że już się wszystko zaczęło. 20 osób siedziało przy długim marmurowym stole, pod zadaszonym i otoczonym bujną zielenią tarasem. Prawie jak na szkoleniu lub przynajmniej na „naradzie”. Brakowało tylko rzutnika i ekranu. Właściwie nie, bo szmaragdowy basen, który był obok świetnie odbijał słońce (źródło światła), a terakotowe ściany mogłyby idealnie spełnić rolę ekranu. Gdzie jest tylko prezenter? - pomyślałem. Lub prezenterka? – też pomyślałem, po chwili. Dwie, trzy, pięć minut. Nic się nie dzieje. Towarzystwo mocno międzynarodowe lekko się niecierpliwiło. Większość (co się okazało) działa w świecie korporacyjnym, tak więc „time is money”. Ale nie na Bali. Tutaj mamy czas balijski. Plus minus dziesięć minut nie ma zupełnie znaczenia.

Jest ONA. Właściwie bez słowa przywitania, jednym zgrabnym ruchem pokazała, że mamy się do NIEJ zbliżyć. To była TA Janeatta. Kobieta INSTYTUCJA. Ale mieliśmy farta! I tutaj myśleliśmy, że tak jak w Chinach zaczniemy zaraz gotować. Nic bardziej mylnego. Jeanette, jak przystało na gwiazdę (też telewizji), zaczęła od krótkiego przedstawienia się (pewnie 10minut), a później, zupełnie jak w klubie AA, przedstawiliśmy się także my. Była oczywiście kwestia Holland – Poland, ale to drobnostka.

Nasza lekcja gotowania rozpoczęła się od sprawy zupełnie prozaicznej, mogłoby się wydawać. Od przypraw. I tutaj byliśmy absolutnie zachwyceni tym o czym Jeanette nam opowiedziała. Bo nie tylko pokazała niektóre przyprawy, ale też wytłumaczyła dlaczego w kuchni balijskiej są używane. Dla nas, gotujących, oglądanie goździków, czy też pieprzu nie jest atrakcją, ale wysłuchanie mini wykładu na jego temat, jak i gdzie rosną, dlaczego są używane lub omijane w kuchni – było absolutnie nowością. Większość przypraw, korzeni, pędów używana jest w formie naturalnej, ma właściwości antyseptyczne i chroni przed przeziębieniem. Ma także tę zaletę, że chłodzi organizm od wewnątrz. I to skutecznie. Co ciekawe, tutaj lody jedzą tylko turyści. Autochtoni, jak chcą się ochłodzić jedzą odpowiednie mieszanki przypraw. Największym odkryciem była dla nas naturalna kurkuma, którą uwielbiamy (jest wykorzystywana do leczenia 5 odmian raka), ale mamy w Europie możliwość kupna tylko w formie sproszkowanej. Zresztą wszystkie przyprawy i pędy są tak dostępne tutaj na miejscu, że jeśli pani domu (lub pan) ma ochotę coś ugotować to bierze garść tej lub innej przyprawy, obtłukuje pędy aby wydobyć aromat, dodaje jakiegoś korzenia niekoniecznie nawet obierając jego ze skóry (zazwyczaj tyle opłucze w wodzie). Niektóry uczestniczy zadawali pytania w stylu ile tego trzeba włożyć, a ile tamtego do jakiejś przyprawy, ale byli mocno temperowani Jeanette, która za każdym razem, prawie zabijając wzrokiem mówiła: nie wiem, ja dodaję szczyptę (czyli dobrą garść), albo po prostu tyle ile mam. Cudownie było spróbować soli, która jest mniej słona niż nasza (morskiej suszonej) lub cukru palmowego o intensywnym smaku karmelu.

Po prezentacji przypraw Jeanette zaprosiła swoich kucharzy, którzy najpierw nam pokazali, a później zachęcili do tego abyśmy sami zrobili różne rodzaje past, które łączyliśmy z różnymi składnikami. Pasty/chilli to nie sucha przyprawa, a kombinacja różnych świeżych składników (wcześniej opisanych) dokładnie zmiażdżonych (?) w dość płaskim kamiennym moździerzu. U nas moździerz używamy najczęściej do ubijania przypraw, podczas gdy tutaj do ich roztarcia. To daję ogromną różnicę w smaku, nie mówiąc o zapachu.

Zrobiliśmy kilka dań. No nie do końca, ponieważ my mogliśmy ewentualnie mieszać (to była słaba strona tej lekcji) i słuchać dokładnego tłumaczenia i instrukcji gotowania. Jeanette nie dotknęła się żadnej z nich, ale miała 2 kucharzy, którzy bez słowa wiedzieli co zrobić i jak pokazać proces tworzenia dań. Chyba najmniej spektakularna była sałatka z ogórka i marchwi. Pomysł przedni, ale chyba zabrakło wyrazistości smaku. Magda pewnie dodałaby lekko ostrej chilli, która dałaby lepszy kontrast do dość „płaskich” w smaku składników. Dla mnie przebojem było rybne curry z mlekiem kokosowym. Pokrojona świeża markela, usmażona na piekielnie gorącej patelni na oleju roślinnym, wraz z wcześniej przygotowaną pastą chilli, której ostrość została złagodzona mieszanką mleczka i śmietany kokosowej. Fantastycznie smakowała prosta grillowana ryba, okraszona inną, świeżo przygotowaną i jeszcze ciepła, pastą z lekką nutą czosnku, kurkumy, chilli, pasty krewetkowej. Cała ryba podzielona na małe porcje zawinięte w liście bananowca. Wyglądały jak duże, płaskie i w dodatku zielone cukierki ugotowane na parze. Proste, ale w smaku bardzo wykwintne. Szpinak znamy wszyscy z przedszkola. Cześć pewnie ma jeszcze traumę z tym związaną. Tutaj świeży szpinak został przygotowany z pastą o nazwie pomidorowy sambal. Też na świeżo. Pasta zrobiona jest z czerwonej chilli, małych ostrych chilli, pomidorów, soli morskiej, szalotek (rzadko tutaj używanych), czosnku, pasty z krewetek (nie życzę wrogowi napić się jej) i orzechów o nazwie candle nut (nie nadają się do jedzenia bez obrobi termicznej, bo grozi sporym rozwolnieniem). To wszystko razem wymieszane. Sekretem dobrego szpinaku jest wymieszanie jego ręcznie. Deseru nie robiliśmy, bo to tradycyjny tzw. czarny ryżowy pudding, który przygotowuje się ponad 4 godziny. Był słaby, tak jak wino ryżowe z limonką.

Lekcja w sumie była fantastyczna! Oczekiwaliśmy, ze sami nauczymy się robić jakieś potrawy, ale z drugiej strony fajnie było spotkać gwiazdę australijskiej TV, autorkę kilku książek o gotowaniu. Jest tak zajętą osobą, że w pewnym momencie zniknęła, rzucając na pożegnanie happy cooking!. Happy cooking Jeanette, happy cooking!

poniedziałek, 31 października 2011

Cooking school - fotorelacja

Sprawdzilimy, zaispirowalimy się i zostalismy pysznie nakarmieni.Polecamy.
http://www.casalunabali.com/cooking-school/

Glodnych ostrzegamy, poniższe fotografie mogą pogorszyc samopoczucie.
Na zachętę, efekt końcowy.


Janet De Neefe (Kobieta Instytucja) pięknie opowiada o składnikach i czynosciach.




Narzedzie tortur - potrzebujemy do przyzadzenia pasty chilli.








Pasta chilli jeszcze nie jest gotowa. Juz za chwile "spotka sie" z ryba.




Janet czuwa nad przygotowaniami. Teraz czas na rybę w lisciach bananowca.












Druga ryba, z inna pasta chili, po podsmazeniu, zostala zalana mlekiem kokosowym...




...to bylo zdecydowanie najlepsze danie!


Do rybki, jeszcze .. salatka z marchewki i ogorka i ...


... szpinak (oczywiscie azjatycki), okraszony tomato sambal.






Pychota!

Mandi Lulur, czyli Boże Ciało w październiku.

Mieszkanie w niestandardowym miejscu, czyli nie w hotelu, a na eko farmie, ma swoje zalety. Jedną z nich jest spore oddalenie od miasta. To gwarantuję ciszę i sporą izolację od mnóstwa pokus takich jak bary czy też kluby jazzowe. Nie narzekamy, bo w przeciwieństwie do Kuty w Ubud wszystko jest na poziomie! Słychac Sarah Vaughn, Milesa Davisa, Sinatrę, Arethę Franklin. Drugą zaletą jest możliwość obcowania z naturą. Mieszkamy na polu ryżowym. W nocy mamy darmowy koncert. Niekoniecznie życzeń. Gra wszystko co może. Nawet nie jestem w stanie wymienić i wyobrazić sobie co to gram. Może nawet i lepiej, bo może to co gra nie zawsze wygląda najlepiej. Szkoda tylko, że właśnie zakończyły się zbiory i jeszcze nikt nie posadził nowy sadzonek, bo widok byłby przedni. Pewnie za kilka dni silna ekipa z naszej wioski wpadnie na pole i w ciągu kilu wszystko się zazieleni. Oby.

Rano o 08:03 dostaliśmy sms od Wayana, w którym informował nas o swojej dostępności w dniu dzisiejszym. Cieszymy się, ale na razie spędzamy czas mocno relaksacyjnie i nie mamy ochoty wyjeżdżać poza naszą wioskę. To się oczywiście zmieni, ale lepszy wolniejszy start i szybkie zakończenie niż odwrotnie. Po śniadaniu przygotowanym przez lokalna ludność zostaliśmy zablokowani. I to jak. Na prawie 3 godziny. Lało. Ale, jak lało. Dziwnie było obserwować samych siebie i nasze reakcje. Jak pamiętam, jak lało 2 lata temu, to wpadliśmy w lekką depresję. Tym razem stwierdziliśmy, że kiedyś przestanie lać. I przestało.

Telefon do Wayana i w 10 minut byliśmy w Ubudzie. Postanowiliśmy sprawdzić, jak się ma nasze ulubione towarzystwo joginów skupionych wokół kultowego miejsca (ale też komercyjnego, czego nie da się ukryć) zwanego Yoga Barn. To takie obowiązkowe miejsce dla wszystkich, którzy lubią jogę i dobre organiczne jedzenie. Ciekawe było dla mnie samo obserwowanie towarzystwa, które pojawia się w małej restauracji. Są to zawsze osoby „uduchowione”. Łatwo taką osobę poznać. Przede wszystkim mężczyźni i kobiety chodzą w tzw. szarawarach/sindbadach lub alladynkach. Kobiety mają topy na ramiączkach, natomiast panowie albo mocno obcisłe koszulki bawełniane z długim rękawem, lub ewentualnie granatowe koszule z długimi rękawami. Też bawełniane. Wszyscy siadają razem przy stołach i dyskutują na temat przeżyć związanych z właśnie odbytymi ćwiczeniami. Jeśli ktoś kończy swoje zajęcia wracając niedługo do świata zachodniego (lub wschodniego, czyli Australii) następuje dramatyczny moment pożegnania w tuż po lub też tuż przed zamówieniem ostatniego ekologicznego posiłku. I tutaj pojawiają się łzy. Ale także wszyscy przekazują sobie energię Ziemi. Następuje mocny uścisk ciał. Pewnie ze 3 minuty. Panie, albo przed albo już po napoju organicznym, czyli koktajlu z czegoś lub z czymś, tulą się do szczupłych panów. Szczupli panowie tulą się do, nie do końca szczupłych pań. Tulą się mówiąc zazwyczaj po australijsku, bo ci po niemiecku patrzą zazwyczaj z zazdrością. Tulą się tez po japońsku.

W takim miejscu łatwo zidentyfikować, że ktoś sam przychodzi na jogę. Panie, zazwyczaj oczywiście, notują swoje myśli w brulionach w kratkę pokrywając je okrągłymi literkami pisanymi dobrym długopisem. Panowie, natomiast, pozostają ze swoimi myślami sami. Zupełnie tak jak ja. Nie notują. Ewentualnie po kilku minutach wyczekiwania wyjmują swoje iPhone’y i iPad’y i coś tam sobie przeglądają. IPody nie są już w modzie.

Takie centrum jogi jest mocno ekologiczne – także z nazwy. Wszystkie warzywa są ekologiczne. A jakie kurcze mają być na Bali, oczywiście, że ekologiczne! Słomek nie dają, bo policzyli, że w ciągu miesiąca zużywają ich ponad 3,000 sztuk. Ciekawe tylko, że wszyscy nie bardzo martwią się o zużycie energii. Każdy przecież ma jakiś produkt Steva Jobs’a.
Najedliśmy się jak przysłowiowe bąki.

Ja z racji swojej nieukrywanej sympatii do producenta wzmacniającego aloesu postanowiłem napić się organicznego napoju właśnie z niego i 10 różnych rzeczy. Było to dobre, ale dodatkowo musiałem dosłodzić syropem trzcinowym, bo mnie nieco powykręcało. Magda zajadała się swoją miską zielonych, zdrowych, ekologicznych traw i innych sałat. Na mnie padło spróbować ekologicznych buraków. Były super, ale lekko za kwaśne.

Zadowoleni, że wpadliśmy do stodoły jogi wybraliśmy się do Zen Spa aby poprawić sobie pracę naczyń limfatycznych. Generalnie wolę jak mni panie masują tylko nogi. Bo to pobudza różne receptory. Uległem, raz na 2 lata można, i postanowiłem towarzyszyć Magdzie w zabiegu zwanym Mandi Lulur. Dwie panie zaprowadziły nas do dużego pokoju, gdzie w oknie 2x2 metry nie było szyb ani nawet rolet, tylko ogromny ogród z żywych kwiatów i roślin. Już mi się podobało! Następnie panie kazały się kompletnie rozebrać, czego nie przewidzieliśmy! I położyć na kozetkach. Tak jak nas Pan Bóg stworzył (dla tych co wierzą)! No lekko byliśmy okryci, ale jak to się później okazało, nie miało to żadnego znaczenia. I się zaczęło. Ponad 60 minut masażu. Pani masowała mnie wszędzie. Wszędzie to znaczy, prawie wszędzie. Pani nie była zbyt pruderyjna i jak trzeba było to wiedziała jak masować. Potem nasmarowała mnie peelingiem, i zdarła co miała zedrzeć. Miałem nawet nadzieję, że to koniec, ale nie. Po kilku chwilach wydała okrzyk: będzie zimno i chlusnęła na mnie jogurtem. Nie wiem tylko jakiej marki. Ale na pewno nie był to Danone. Nie lubię Danone.

Procedura oczyszczenia ciała miała się właśnie skończyć, gdy jednym ruchem pani zdarła z nas ręczniczki i kazała się wykąpać pod prysznicem. Jakoś zbytnio nie przejęła się naszym widokiem (czyli nie jest jeszcze tak źle) i zaprosiła nas do wanny. Było jak w czasie Bożego Ciała. Zostaliśmy obrzuceni 2 tonami płatków. Rozumiem, że kobietom to się podoba, ale ja już za taką rozrywkę dziękuję! Chyba, że moje ciało będę nazywać boskim, ewentualnie, bożym ciałem. To wtedy, zupełnie inna sprawa.

Ubud jest świątynią jedzenia.

Nie spotkałem innego miejsca na świecie, gdzie na obszarze tak małym byłaby taka różnorodność kuchni. Na koniec dnia stwierdziliśmy, że podoba nam się nowe miejsce, które miało styl skandynawski z lat 90. Jedzenie było boskie! Absolutnie niesamowicie świeży tuńczyk. Cudnie.


Jeszcze tylko partia scrabbli… Jutro szkoła gotowania i może wreszcie namówię Magdę na robienie zdjęć. Kiedyś pewnie zaczniemy coś zwiedzać. Ale po co, jak nam tutaj dobrze;)

niedziela, 30 października 2011

Shut up, czyli żona w akcji, inkasentka i sprzedawca.

Noc mojej żonie upłynęła upiornie. Ja spałem po podróży ja zabity, natomiast Magda zmagała się z demonami mieszkającymi koło nas. Z relacji wynika, ja byłem wszystkiego nieświadomy. Grupa Malezyjczyków mieszkająca w pokoju 3113, czyli obok, zabalowała. I to jak! Panowie w liczbie 4 razy przekraczającej ilość łóżek w pokoju wypili znaczne ilości alkoholu lokalnego (tutaj wszyscy piją whiskey), po czym zdecydowali się regularnie korzystać z toalety wydając przy tym różne głośne, ryczące, wyjące i nieprzyzwoite dźwięki. Wszystko podobno było dobrze słychać, bo jakimś trafem dostaliśmy pokój, który miał „drzwi” łączone do pokoju naszych cudownych sąsiadów. To prawie tak jakbyśmy dzielili jeden pokój. Rano obudziło mnie szarpanie żony. Już chwilę później widziałem swoją, niezwykle spokojną żonę, okładającą oburącz wspomniane wcześniej drzwi i mocno podniesionym głosem krzyczącą: Shut up! Shuuuut up! Shuuuuuuuuuut up!. Ja byłem w lekkim letargu, ale przerażony tym, że i mi się oberwie posłusznie wykonałem komendę: dzwoń do recepcji, niech oni przestaną rzygać!- wykrzyknęła żona. Jako, że na takie sprawy, z racji swojej wrodzonej choroby morskiej jestem mocno wrażliwy, nie zastanawiając się długo wcisnąłem przycisk 2. Odezwała się recepcjonistka, która miłym głosem: good morning, how can I help you - zwróciła się do mnie. Good morning Mr.Slawomir – powtórzyła, spoglądając na rozpiskę hotelową. No to się szybko obudziłem! Od razu skojarzyło mi się, że albo rozmawiam z policjantką (w Polsce zazwyczaj policjant lub policjantka mówią do mnie: no panie Sławomirze, gdzie się pan tak śpieszył, wręczając mandat o nominale 200 pln) lub z urzędem skarbowym: panie Sławku, a tutaj brakuje pana podpisu, bardzo prosimy o przybycie do urzędu w celu złożenia podpisu. Tym samy już na początku pani była na straconej pozycji. My też, ale w innym zupełnie kontekście. Jakoś chyba nie dość dokładnie byłem w stanie opowiedzieć o co chodzi, bo z się dość mocno zdziwiła, że aż tyle osób w pokoju obok mieszka. Nie wiem, czy legalnie, czy nielegalnie. Miały być 2 osoby, a było pewnie 8 lub 10. Poradziła mi, żebym może sam zainterweniował. Wdziałem więc piękny szlafroczek hotelowy i nieśmiało walnąłem w drzwi, ale już te wejściowe. Jakoś mnie nie usłyszeli i nie zauważyli. Wykonałem cios na drzwi a la Bruce Lee – ale nie był moim idolem i w dodatku tylko raz w kinie Warszawa widziałem „Wejście smoka”, co się odbiło na jakości mojego performance. Po wyważeniu (ok. uchyleniu) drzwi ukazała mi się grupa zadowolonych. Właśnie trzeźwiących Malezyjczyków. Popatrzyła nam mnie jak na Zobie i powiedzieli, że oni kończą imprezę na 20 minut, i że mnie pozdrawiają. Dobrze, że nie przetrenowali na mnie swoich umiejętności nabytych w praktyce, po oglądnięciu 27 razy „Wejścia smoka” na ekranie w Kuala Lumpur. Ja w kompletnym sennym zamroczeniu nie bardzo wiedziałem, co do mnie mówią, ale postanowiłem się oddalić. Na koniec pani w recepcji, tuż przed wyjazdem zapytała mnie czy podobał nam się pobyt i że zaprasza kolejny raz. No to się zdziwi.

A dlaczego się tak mi dobrze spało? Sprawa prosta i nieskomplikowana. Zaczęliśmy testowanie dostępnych masaży. Wczoraj na tyle byliśmy późno, że musieliśmy iść „na ulicę”. Nie w niecnym celu, tylko, żeby znaleźć „massage place”. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, więc niedaleko, i tak zapoznaliśmy się z Inkasentką. Rola inkasentki jest ważna. Polega na zainkasowaniu opłaty za usługę. Pani inkasentka była oryginalna. Lubimy ludzi oryginalnych. Był to typ tzw. blondyny. Blondyna miała pięknie ufarbowane włosy (oj tak, oj tam – trochę odrostów i źle nałożonej farby kilka miesięcy temu), niesamowicie czerwone, zmysłowe usta, krótką spodniczkę w kolorze różowym (bardzo krótka, może aż za bardzo!). Do tego czarne rajstopy i buty na obcasach – pewnie 12 cm. Zważywszy, że była to już prawie 23:30, inkasentka spokojnie mogłaby także zająć się inną pracą. Niekoniecznie po godzinach. Nasz salon masażu był piękny. Lubimy też piękne miejsca! Najbardziej ujęły nas kolory. Były piękne. Różne odcienie zieleni. Usadzono nas obok naszych nowych koleżanek z Singapuru, które też przyszły się pomasować. Fotele obite lekko zużytym skajem, takim już poprzecieranym z fragmentami gąbki na wierzchu. Fotele były piękne bo czarne. Na ścianie płaskorzeźby przedstawiające sceny religijne w dodatku obłożone folią przezroczystą. Pięknie i w dodatku bezpiecznie dla zabytków. Zabezpieczone tak aby się nie zniszczyło. W rogu telewizor Sharp z lat’90. Takie klimaty jakie lubimy, chociaż w ostatnim okresie preferujemy lata 70-te.

Panie znów zaczęły oglądać nasze nogi. Oczywiście wszystkie zazdrościły Magdzie koloru skóry. Ale po jakimś czasie chyba mi też czegoś zazdrościły bo chodziły sobie 4 masażystki i moje nogi dotykały. Jedna, co mnie masowała, zapytała czy ma lekko, czy może mocno, mnie masować. Powiedziałem, że mocno. No to kobitka po 20 minutach wymiękła, a później kolejna. Dzieła dokończyła dopiero 3. Ja im się nie dziwię. Było dobrze po północy, a one pewnie masowały od ósmej rano. Ale w takim razie po co pytały? Customer service.
Po śniadaniu czekał na nas wysłannik Wayana. Tutaj każdy najstarszy syn to Wayan. Wysłannik Wayana, który zarządza wioską Eko, też miał na imię Wayan. Facet, przepraszam, że tak jego nazwę, ma umiejętności handlowca! Przez ponad 60 minut jazdy nie tylko nie zamknęła mu się buzia, ale także załatwił nam kupno karty sim, wybrał szczęśliwy numer telefonu, sprawdził czy wszystko działa. A jak okazało się, że nie, to nakrzyczał(co tutaj akurat się nie zdarza) na młodą matkę z dzieckiem w punkcie sprzedaży kart, że chciała nas oszukać, dał swoją kartę i powiedział, że tutaj gdzie mieszkamy, to każdy z jego usług korzysta. Stach się bać, co będzie jak coś od niego kupimy!

Lekko nas Wayan wkurzył, wysyłając do nas sms z zapytaniem, czy już jedziemy do „centrum” Ubud, a potem jak jedliśmy kolację, to o której kończymy. Sprzedawał, sprzedawał i sprzedawał swoje usługi. Zobaczymy, czy damy rade z nim wytrzymać. Wątpię.
A w Ubud pięknie! Nie chcemy, żeby to był tzw. powrót o przeszłości, ale daliśmy sobie czas 1-2 dni na to, żeby trochę odświeżyć pamięć o restauracjach i miejscach, gdzie wcześniej byliśmy. Była już sałatka z kurczakiem z mango na ostro (to przeszłość), cukiernia z ciastkiem kruchym wypełnionym dżemem z papaji i pokrytym cudowną lekką bezą (przeszłość), a na koniec dnia japońska restauracja, kilkadziesiąt metrów od głównej drogi z ekologiczną żywnością (nowość). Jak zacząłem pisać, zaczęło padać (przeszłość).

Podróżowanie do.

Obiecałem sobie, że nie będę miał zaległości i będę pisać na bieżąco. Nie mam zamiaru użalać się nad sobą, bo przecież największa uciecha jest nie w trakcie pisania i pobytu na miejscu, ale właśnie później. Po kilku miesiącach, czy latach, jak można wrócić do wspomnień. A że jesteśmy narodem „historycznym” i wolimy żyć przeszłością, to pisanie bloga idealnie wpisuje się w nurt. Oczywiście, na szczęście nie każdy wierzy w ten właśnie nurt.

Jesteśmy na miejscu. 21 godzin od wyjścia z domu i szynki check-in do hotelu. Podróż niczym nie różniła się od poprzednich. O, może tylko pewnymi obserwacjami z lotniska i samolotu. Przyrzekłem Magdzie, że się niczemu nie będę dziwić. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zauważył „pewnych” interesujących zmian, ludzi lub też sytuacji. Pierwsza moja obserwacja dotyczy lotniska w Gdańsku. Już 18 miesięcy człowiek bywa znacznie rzadziej na lotnisku, a tutaj inny świat. Nawet nie wiem jakbym dojeżdżał do swojej byłej pracy … bo drogę przeniesiono i jednocześnie wybudowano nowe parkingi i cała bryła nowego lotniska jest skończona. Przy najmniej z zewnątrz jesteśmy gotowi na Euro2012. Wygląda to fantastycznie i pewnie następny blog będę zaczynać od tego, że na lotnisku w Gdańsku to się dzieje. Oj dzieje. Dzieje się także w samej hali odlotów. Tylko w czasach wczesnego Wizzair-u (czyli 2005 rok) widziałem takie tłumy w samej hali odlotów. Wtedy wyglądałem dość komicznie, bo jeden z niewielu w garniturku do Londynu. Jak sobie przypomnę, że nie można było nawet się niczego napić, to teraz te 2 min bary wyglądają ze swoją ofertą imponująco. Nawet sklep Baltony (wszyscy wiedzą, że Mama obiecała mi ponad 25 lat temu, że jak się będę uczyć to będę pracować w Baltonie!) mam inną obsługę. Pani w żółtej koszuli już nie pracuje. A szkoda, bo ludzie tworzą tradycję.

Lot do Frankfurtu został przez nas nawet niezauważony. Może nie do końca, bo koło nas siedziało 2 młodych biznesmenów (pewnie informatyków, ale krótko ostrzyżonych), którzy zapragnęli się dodatkowo napić. Widać było, że rozmowa im się układa. Chcieli zastosować zasadę, że „najłatwiej to się napić za służbowe pieniądze”, którą to tak często przypominano mi w czasach odległych. Nie rozumiem dlaczego, bo w pracy nikt nigdy nie widział mnie pijącego jakikolwiek trunek. Z wyjątkiem pożegnania, oczywiście. Nie wiem jak się panom udało przekonać stewardesę do przyniesienia 6 piw. Niemieckich oczywiście. Wydaję mi się, że jeden z nich rozmawiał w języku Goethego. Zawsze twierdziłem, że znajomość języków obcych może się przydać. Wysiadając z samolotu mieli mocno słabe nogi i, jako ostatni, dość chwiejnie doszli do autobusu. Przynajmniej nie awanturowali się. Wszyscy ze współczuciem spoglądali na naszych gdańskich informatyków. Ci z Gdyni piją wino.

W samolocie do Sinagpuru, nudy. Nudy. Nudy. Nudy. No nie w sensie braku rozrywki. Tylko nic się takiego szczególnego nie działo. Ani nikt nas nie porwał, ani nikt nikogo nie znieważył. Ale było kilka interesujących postaci. Jedną z nich była Amerykanka, która z USA leciała do Singapuru w celu odwiedzenia syna, ktry był najprawdopodobniej człowiekiem sukcesu, bo zapłacił za bilet mamy i taty. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że tuż przed odlotem, jak pani zorientowała się, że jest jedno „lepsze” miejsce, zawołała stewardesę i powiedziała, głosem nieznoszącym sprzeciwu, że ona to się właściwie panicznie boi latać i żąda przesadzenia ją do innego miejsca w samolocie, albo wysiądzie. Personel Lufhtansy jest na tym punkcie, czyli osób panicznie bojących się latać dość wyczulony, o czym mogliśmy się przekonać wiele lat temu w Rumunii, jak została przerwana procedura odlotu z powodu pana, który był mesjaszem i wzywał do opamiętania się. Pani jednak się nie opamiętała (ale w zupełnie innej oczywiście kwestii) i kilka razy wzywała różne stewardesy. Dostała co chciała, a my ochłonęliśmy. Szczęściem dla pani było zajęcie miejsce dla 2 osób z możliwością pełnego rozłożenia się na fotelach. Biznes klasa w klasie ekonomicznej. Jakoś w trakcie lotu była spokojna a pod jego koniec to już nawet ze wszystkim się zaprzyjaźniła. Aktorka ze spalonego teatru, czy co?

Inną postacią była pan. Duży pan, który po porannej toalecie zapomniał zapiąć paska. A ponieważ pan był duży, zapragnął na swoje duże nogi założyć duże buty. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, bo każdy może być duży, gdyby nie to, że połowa samolotu wpadła w osłupienie oglądając nie dość zabezpieczoną gołą „d”. Sorry, że o tym piszę, ale najbardziej oburzone były na dużego pana, inne duże panie. Nawet w niewybredny sposób skomentowały to zajście. Powtórzyło się to 2 razy – duży pan miał do założenia 2 buty. Mruki, cmokania, śmiechy towarzyszyły zmianie każdego z nich. Po godzinie duży pan zdecydował zmienić buty.

Nasz towarzysz, czyli 3 osoba w rzędzie, też był niezwykły. W ciągu 12 godzin lotu, ani razu nie wstał. Nie poruszył się, nie chciał wyjść do toalety. Nie zdjął też butów. Ale to dobrze, bo potem nie miał problemu ich włożyć. I tak chyba by nie miał, bo był chudy i wyglądał jak lekko niedożywiony były komandos.

Przeżyliśmy trudne chwile. Jeśli oczywiście można by je tak nazwać. Trwały one 10 minut. Były związane z brakiem jednej z nadanych w Gdańsku toreb. Teraz musze ujawnić naszą tajemnicę. Pierwszy raz w ciągu tych kilkunastu lat pojechaliśmy bez plecaków. Wiem. Może to obciach, ale tym razem jesteśmy w 2 miejscach i nie mamy potrzeby ciągłego przemieszczania się. Uff, przyznanie się poszło łatwo. W Singapurze jedna z toreb została przez nas nierozpoznana, więc czekaliśmy dobrą chwilę aby zorientować się w końcu – że „mamy ją”. Szybko przemieściliśmy się do terminalu 1 i już mogliśmy się odprawiać do Denpasar.

Robiłem w „lataniu”, ale za każdym razem jak jestem w Azji to nie mogę nadziwić się jak to wszystko działa i jest zorganizowane. Narodowy przewoźnik w Polsce ma kilkadziesiąt maszyn w tym mnóstwo starych ATR, podczas gdy tania linia lotnicza z Australii ma ich 127. I wszystkie nowe. Zapisali się nawet na Dreamilery Boeinga w ilości 5 sztuk, tak na początek. Ale co tam ja się wymądrzam na temat lotnictwa. Czekając na boarding spotkaliśmy 2 dorosłych i dziecko (chłopiec, pewnie 11-12 lat) z Polski. Pan okazał się wybitnym specjalistą od lotnictwa cywilnego. Objaśnieniom dotyczącym procedur lotniskowych nie było końca. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że pan jest wujkiem. Sam wiem, ze swojego ostatniego doświadczenia, że wujek musi wiedzieć wszystko a nawet więcej. Pan podzielił się ze swoim „przyszywanym” synkiem wiedzą na temat: firm handlingowych na lotniskach w europie, a także konieczności likwidacji monopolu, opowiadał także o procedurach boardingu (które są inne w Europie niż w Azji), check-in (który jest ważny ze względu bezpieczeństwa pasażerów). Był specjalistą także od wybierania miejsc w samolocie. Dobrze się czułem w towarzystwie wujka, mimo tego, że siedział 2 rzędy przed nami. Okazało się, że wybrałem najlepsze miejsca, których wujek wybrać już nie mógł. Bo były zajęte. Na razie nie wiemy, gdzie jest pan wujek, ale jak go spotkamy to zagadamy o sprawy lotnicze.

No i jesteśmy w Denpasar. Jakoś tak tutaj znajomo. Nawet porter na lotnisku porzucił nasze bagaże, bo stwierdził, że my to chyba pomocy nie potrzebujemy. Szybki dojazd do hotelu w Kuta (ale tylko na nocleg, żeby nie jechać kolejnych 1,5 godziny do Ubud). Kolacji nie udało nam się zjeść w hotelu, bo chyba już było za późno. Ale jak tu nie zacząć pobytu w Indonezji od typowo azjatyckiej potrawy czyli satay. Przy hotelu stał pan z budką na kole rowerowym. Kolejka na dobre 20 minut. Widać, że warto, bo byliśmy 6. Niestety nie dawał numerów, trzeba było pilnować kolejki. Na niewielkim palenisku opalanym pewnie węglem drzewnym i liśćmi bananowca, pan piekł w pełnym dymie satay, czyli niewielkie kawałeczki kurczaka na drewnianych patyczkach. Zestaw to było 10 sztuk, a do tego pieczony w bananie ryż, lekko słodki. To wszystko zapakowane w gustowny szary papierek na którym wcześniej „rozmazano” różne sosy w tym oczywiście orzechowy. I tak około północy, siedzieliśmy na małej uliczce w Kuta, jedząc i siedząc na plastikowym zydelku coś, co zawsze kojarzy nam się z Azją. I po to właśnie tutaj wróciliśmy. Jutro rano do Ubud! Znów będzie padało?

czwartek, 27 października 2011

Niby nic. Powrót do Indonezji.

Właśnie sprawdziłem pogodę na miejscu. Niby +31C w dzień i +25C w nocy. Niby robi różnicę. Wczoraj, wertując strony lokalne sprawdziłem, że w tym roku, zupełnie wyjątkowo, pora monsunowa się zmieniła. Niby nieznacznie, ale zawsze. Niby tylko na północy wyspy, ale my będziemy niedaleko. Niby mamy technikę na wyciągnięcie ręki (czyli komputer) ale jak znam życie to dopiero na miejscu okaże się, czy ta pora to się przesunęła, czy tylko tak na niby. Tak żeby nas zdenerwować. Monsun to przed wszystkim wiatr z lekkim dodatkiem deszczu. Zazwyczaj w tamtej części wiata mokrego. Niby wiemy jak się do tego przygotować. Czarne petelrynki mamy spakowane. Znów zrobimy furorę, bo zazwyczaj deszczowe są przezroczyste. Niby wyprodukowane w Azji, a zawsze wzbudzają zainteresowanie.
Oj, ale znów to NIBY. Niby, już widzieliśmy wszystko na Bali, ale jak popatrzyliśmy na mapę, pogrzebaliśmy na youtube, to okazało się, że nie. A przynajmniej nie do końca. Jak dobrze pamiętam, a nie chce mi się zupełnie sprawdzać na blogu. To 2 lata temu 2 z 5 dni padało. To nas mocno martwiło, ale tez wyzwoliło w nas chęć działania w deszczu. Ok., zajęło to 24 godziny jak się przyzwyczailiśmy, ale daliśmy radę. Chodzenie w ciepłym deszczu może być nawet romantyczne, wpadanie do restauracji, gdzie wyglądaliśmy jak zmoknięte lokalne „kury” może wywołać zainteresowanie gości i obsługi, a tym samym darmową herbatkę, wizyta w tzw. Fish Spa (liczę na to znów) może być bardzo podobna do tego, co dzieje się na, zewnątrz. Mokra. Ale przy najmniej nogi będziemy mieli obmyte i pięknie odnowione. Nie wiem tylko, czy nasi lekarze pozwoliliby na to.
Następny wpis, będzie już pewnie dotyczył podróży. Teraz wszystko spakowane i następuje moment ostatnich, niby mało znaczących przygotowań. To „niby” mnie wczoraj rozłożyło na łopatki. To ostatnie przypominanie sobie, że może jednak coś trzeba dokupić, albo załatwić, albo wysłać, albo nadać. Zamiast luzu w przygotowaniach coś zawsze dodatkowo, niby zupełnie nie wiadomo skąd pojawiają się niby nic nieznaczące zadania, wyznaczane przez współpodróżniczkę.
Damy radę. Indonezja czeka. My czekamy. NIBY tam już byliśmy. Wracamy nie na niby.

środa, 4 listopada 2009

Po powrocie

Mielismy plan umieszczac krótkie filmy. Niestety uploadowanie w kawiarenach internetowych nie wchodzilo w grę, musielibysmy chyba tam spac. W domu idzie blykawicznie, tylko jakos czasu brakuje...

Tu Kecak Dance, zapraszam do rzucenia okiem

sobota, 10 października 2009

Jakarta - Wylot do Frankfurtu

Jeszcze tylko 2 godziny i bedziemy w samolocie do Singapuru, gdzie po 1 godzinnej przerwie polecimy tym samym samoltem do Frankfurtu.
Ja mam juz wszystkie karty boardnigowe, jest jakis problem z Magdusi boardingiem do GDN. Zobaczymy, co zrobi Lufthansa!

Jutro juz w DOMU!!!

Denpasar - Ostatni dzien na Bali

Przylecielismy do Denpsar dosc wczesnie rano. Niestety nie moglismy zajac naszego pokoju, hotel byl jescze mocno oblozony. Postanowilismy zostawic nasze bagaze i przejechac sie do jakiegos centrum, aby zjesc sniadanie.

To chyba byl blad. 2 miejsca, do ktorych nas wyslano zupelnie nie przypadly nam do gustu. Nie poddalismy sie i przeszlismy przez lokalne bazarki w celu poszukiwania jakiejs okazji.
I zrobilo nam sie milo.
Dobrze, ze wiekszosc czasu na Bali spedzilismy jednak w Ubud, bo tam byla prawdziwa atmosfera "mistycznej i uduchowionej" wyspy. Tutaj w Denpasar, jak powiedziala zona, jest troszke jak w Jastrzebiej Gorze. Nie mamy nic przeciwko Jastrzebiej Gorze, ale nie da sie jej porownac np. do Kazimierza (Ubud).
Juz wczesniej obiecalem Magdzie, ze w Kucie, ktora jest kultowym miejscem dla sufrerow z Australii, bedzie miala szanse popatrzec sobie na plywajacych na deskach "plaskobrzuchowcow". Nie dotrzymalem jednak obietnicy. Na naszej plazy przy hotelu, byli surferzy, ale wszyscy wygladali na emerytow-surferow, ktorzy czasy swietnosci mieli juz dawno za soba. Mimo wszystko lubimy emerytow!

Zaszylismy sie w hotelu. Tutaj poczulismy, ze mozna miec prawdziwy urlop nieruszajac sie z jednego miejsca. Ale tez zadalismy sobie pytanie, ile dni wytrzymalibysmy tylko siedzac w hotelowym basenie i doswiadczajac hotelowej kuchi. Zgodnie stwierdzilismy, ze maksymalnie 3 dni! Musimy jednak przyznac, ze ten hotel mial wysmienita restauracje, tak wiec zamiast ogladac emerytow-surferow dumnie wciagajacych brzuchy i chodzacych po Baruna Beach, oddalismy sie uciechom kulinarnym!

Szybkie pakowanie... czas jutro wracac do domu!!!!

Pytanie 19
Gdzie powinnismy pojechac w przyszlym roku?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

Lombok - Czas oddac sie uciechom

Po traumie zwiazanej z powrotem z Gilli postanowilsmy, ze tego dnia, ktory byl zreszta naszym ostatnim dniem na Lombok, nigdzie sie nie ruszamy. Bylo jednak kilka opcji, ktore nas kusily. A to moze zobaczymy jeszcze wulkan na polnocy wyspu, a moze wybierzemy sie do kolejnego "centrum garncarstwa" i wreszcie sobie kupie skorupe, a moze po prostu powloczymy sie po wyspie i poogladamy zachod slonca.
Zadna z tych opcji mi nie odpowiadala. Nie mialem ochoty katowac sie w samochodzie (mialem cocculine, ale perspektywa kolejnego kiwania mi nie odpowiadala), skorupe postanowilem sobie podarowac (zawsze moge cos kupic z przeceny w Almi Decor), a zachodow slonca to mam po dziurki w nosie po zeszlorocznej wyprawie.

Po krotkiej dyspusji padlo na "odnowe biologiczna". Dla ducha robilismy wiele w czasie tej wyprawy, a sfera ciala pozostala jeszcze lekko zaniedbana. No moze przesadzam, bo kilkanascie razy mielismy okazje doznac swietnych, w wiekszosci przypadkow, masazy. W ogole, jest to ta czesc podrozy, ktora zawsze nas fascynuje i z checia odddajemy sie roznym zabiegom masazu. Ja poddawalem sie wylacznie refleksologii, ktora tutaj w Azji ma rozne oblicza. Jakbym ktos mnie zapytal, ktore masaze stop zapadly mi najbardziej w pamieci to na pewno w Luang Prabang w Laosie i w Pekinie. Nie bede wdawac sie w szczegoly, ale oba wyroznialy sie nie tylko miejscem gdzie byly wykonywane, ale takze zastosowana technika. W Indonezji tez mielismy kilka bardzo milych niespodzianek, i to wcale nie w jakichs luksusowych miejscach. Musze jednak przyznac, ze tutaj to jest glownie masaz skoncentrowany na nogach a nie na stopach. Ale jak juz terapetka koncentruje sie na stopach, to jest to niezwykle przezycie!

Tym razem Magdusia wybrala na prawde przyjemne miejsce, w malym spa w pobliskim hotelu. Ja zgodzilem sie na masaz stop. Okazalo sie jednak, po 10 minutach wypytywania, ze zaproponowano nam 2,5 godziny tzw. treatment-u. 2 w cenie 1. Jak mozna bylo z tego nie skorzystac. Pelen obaw zgodzilem sie na to "cudo". Nie do konca wiedzialem co sie bedzie dzialo, ale powiedzialem sobie, ze jakby bylo cos nie tak, to przeciez moge uciec!
Na poczatku okazalo sie to lekko traumatycznym, dla faceta, przezyciem. Masazysci kazali nam sie rozebrac i wdziac w siebie jednorazowe GATKI. Matko Bosko! Nigdy nie slyszalem o jednorazowych gatkach dla facetow. Jak je zobaczylem, to sie poplakalem ze smiechu. Wdzialem to cudo. Lekko czulem sie nieswojo, ale bylem pod czujna opieka zony, ktora przeciez wiec, co i jak! Zalozylem sarong. Potem "poddalem sie" masazyscie. Tutaj na Lomboku przewazaja muzulmanie, tak wiec mi byl przeznaczony drobny masazysta, ktory spokojnie moglby zaspiewac : I've got the power!

Przez kolejne 2,5 godziny robiono ze mna wszystko. Masowano, wykrzywiano, uciskano, przygniatano, ugniatano, wyciagano. Poddano mnie takze serii skomplikowanych scrub-ow, nacieran. Nakladano jakies mikstury i kazano wdychac olejki. Lekko dziwne uczucie, bo dotychczas w takich miejscach robiono mi tylko masaz stop, ale nie powiem, ze nie bylo przyjemnie. Kazano nam nawet wykapac sie w mleku. To juz jednak bylo dla mnie zbyt wiele, wiec zakonczylem swoj zabieg uciekajac z wanny.
Magdusia byla bardzo zadowolona, ze mnie namowila. Mi tez sie podobalo, gdyby tylko masowala mnie jakas mila dziewczyna, moglbym dodatkowo wspominac takze inne odczucia:)

Wieczor poswiecilismy wlasciwie na pakowanie, pozegnalna kolacje nad oceanem. Rano czekala nas poranna pobudka i szybkie przemieszczenie sie z Lombok na Bali. Samolotem 23 minuty. Nie lecielismy juz MerpatiTam mielismy juz zakonczyc nasza podroz.

Pytanie 18
Jaki, typowy dla Azji, skladnik zawieral pilling?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

czwartek, 8 października 2009

Gili - You didn't ask about the weather

Wlasciwie chcialem odmowic opisu tego dnia. Robilem wszystko, aby Magda przejela paleczke i napisala o cudownej wyprawie na jedna z trzech wysp Gili. Jednak okolicznosci zmusily mnie do wyluskania z siebie odrobiny energii. Zobaczymy jak mi pojdzie.

A wszystko zaczelo sie zupelnie niewinnie. Pierwszego dnia, jak tylko rano poszlismy sobie na spacer po plazy (o tym pisalem) zostalismy zaatakowani przez plazowe biura podrozy. Biura podrozy, czyli po prostu wlascicieli lodek, ktorzy czyhali na turystow. Sprawa normalna i zrozumiala. Niczemu sie nie dziwilismy, i po kilka namowach uleglismy i zatrzymalismy sie na rozmowe z pierwszym "kapitane". Nazwijmy go Ali. Czulismy ze chce nas naciagnac. Nie byl zbyt przyjemny, wzrok mial lekko metny. Gadal jak najety czym nas dos mocno zdenerwowal. Przeszlismy kolejne 50 metrow i podszedl do nas kolejny "kapitan". Nazwijmy do Mohadan. Wygladal sympatycznie, cene podal bardziej realna. Polecial do swojej lodki i zapisal nam swoj numer telefonu. Nie byl zbyt nachalny, czym nas ujal. Tak bylo w poniedzialek. Rano.
Po poludniu uzgodnilismy wycieczke do Sasakow z Adi, wiec we wtorek wyruszlismy na lad. Morze pozostawilismy sobie na srode. Jescze we wtorek rano napisalem sms do Mohada'a. ze gdyby chcial nas zawiesc na Gilli to jest OK. Nieodezwal sie do srody. Szkoda, bo takim sposobem bizes z nami zrobil Adi.

W srode rano znow musielismy sie zwlec dosc wczesniej. Umowilismy sie na lodki na 08:30. Przejechalismy samochodem 50 m (Adi nas przywiozl z hotelu!!!) i dumnie zapakowalismy sie na lodke typowa dla Lomboku, z 3 balastami. Wygladala i byla bardzo bezpieczna. Na samym poczatku oczarowalu nas widoki. Morze spokojne, niebo bezchmurne. Lekki wiatr. Sama przyjemnosc. Nawet sobie zartowalismy, ze co to za rejs. Zaczelo lekko nami szarpac i rzycac mniej wiecej po 45 minutach rejsu, ale persypektywa zobaczenia slynnych wysp Gilli nas lekko uspokoila. Czytalismy, ze niektorzy smialkowie ignoruja tutejsze prady morskie i probuja plynac wplaw, ale wiedzielismy ze jest to niebezpieczne.



Zanim doplynelismy do Gilli zobaczylismy fantastyczny widok. Kilkaset metrow do snorkelowania i dziesiatki osob ogladajacych ryby, rafe...i co tak jeszcz morze stworzylo. Po wyladowaniu na brzegu uzgodnilismy nas powrot. Wynajelismy rowery i pojechalismy na kilka godzin wokol wyspy. Widok byl nieziemski. Czysta woda, puste plaze, setki kilogramow obumarlej rafy kolarowej. Cisza i spokoj. Z wyjatkiem tzw. cetralnej czesci wyspy skupiajacej sie wokol mariny i przystani speedboatow. Tam bylo kilkadziesiat malych, uroczych kafejek, w ktorych mozna bylo nie tylko sie czegos napic, ale takze dobrze zjesc. Nasza "wyprawa" rowerowa nie byla czyms niezwykly. Na tej wyspie nie ma innego transportu niz rowerowy czy tez konny. Brak jest samochodow, motorynek czy tez skuterow, tak wiec mozecie sobie wyobrazic, ze wygladalo jak w raju.





I jest jak w raju!

Mnie oczywiscie denerwowal widok tych wszystkich mlodych i pieknych ludzi, ale jak to powiedziala moja zona: oni sa 25 lat ode mnie mlodsi i w ich wieku tez tak wygladalem. Hmmm, hmm. Chyba Magda mnie nie znala wtedy, ale nie wygladalem ani na szczupla blondynke, ani tez na szczyplego i wysportowanego surfera z blond wlosami do ramion.
My tez sobie po snorkelowalismy i po szybkim lunchu o 15:00 zaczelismy nasz podroz powrotna.

Mieszkajac blisko morza mam pewne wyobrazenie o morzu i plywaniu po nim. Juz po wejsciu na lodke cos nam nie pasowalo. Nasz "baldachim", ktory mial nas chronic od slonca zostal zwiniety. Nasze plecaki zostaly przesuniete do przodu. "Kapitan" i "kotwicowy" usiedli z tylu. Nawet zazartowalismy sobie, ze jest super. Za godzine bedziemy juz na miejscu.
Po 30 sekundach sie zaczelo. Zaczelo i nie chcialo skonczyc przez kolejne 2 godziny, zamiast 1! Burza, sztorm, bujanie, nawanica. Kiwalo STRASZNIE i bez przerwy. Kapitan mial problemy z prowadzeniem lodzi, a wiatr tylko sie wzmagal i wzmagal. Czegos takieg nie przezylismy jescze nigdy. Czulismy sie bezpiecznie i wiedzielismy ze lodz sie nie przechyli - bo byly odpowiednie balasty bambusowe, ale 100 wejscie na fale, ktore konczylo sie naszym calkowitym zamoczeniem bylo okropne. Nie widzielismy niczego. Woda nie tylko nas otaczala, ale tez oblewala zewszad. Woda mialem w ustach, w oczach, w nosie. Bylismy calkowicie zmoczeni i nie bylo jakiejkowliek peryspektywy, ze to sie skonczy.
Balismy sie nawet pytac kapitana, kiedy doplyniemy, bo byl tak skoncetrowany na trasie. Co gorsza, za kazdy kolenym klifem mielismy nadzieje ze to juz, ze jestesmy juz blisko Sengiggi. Odliczalismy pierwszy klif, drugi. trzeci, osmy, jedenasty, szesnasty. Potem juz nie liczylem bo nie mialem nadzieji, ze doplyniemy w jakims sensownym czasie do naszej plazy. O 17:07 po 4 probach zacumowania wyciagneli nas z lodki. Szczegolnie mi bylo trudno wyjsc o wlasnych nogach, bo czulem, ze blednik nie dzialal tak jak trzeba. Pierwsza osoba, ktora zobaczylem na ladzie, i ktora do mnie zagadala to byl Ali (patrz poczatek wpisu). Popatrzyl na mnie i ze zlosliwym usmiechem powiedzial: mister you didn't ask about the weather, I knew it was bad. Myslalem, ze faceta rozniose. Ale poniewaz przetrwalem pomyslalem sobie, ze dobrze, ze jego wlasnie nie wybralismy.

Jak wszedlem do pokoju w hotelu, to zobaczylem, ze moja komorka, ktora na szczescie ze soba nie wzialem (bo by przemokla) pokazywala, ze mam zostawiona wiadomosc.
To byla wiadomosc od Mohadana. Mocno mnie rozbawila. Zrezygnowalismy z kolejnej wyprawy na Gilli. Nastepny dzien byl spokojny.
Titanic zatonal! Ale my dalismy sobie rade!

Pytanie 17
Jak nazywaja sie 3 wyspy Gilli?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!