środa, 4 listopada 2009

Po powrocie

Mielismy plan umieszczac krótkie filmy. Niestety uploadowanie w kawiarenach internetowych nie wchodzilo w grę, musielibysmy chyba tam spac. W domu idzie blykawicznie, tylko jakos czasu brakuje...

Tu Kecak Dance, zapraszam do rzucenia okiem

video

sobota, 10 października 2009

Jakarta - Wylot do Frankfurtu

Jeszcze tylko 2 godziny i bedziemy w samolocie do Singapuru, gdzie po 1 godzinnej przerwie polecimy tym samym samoltem do Frankfurtu.
Ja mam juz wszystkie karty boardnigowe, jest jakis problem z Magdusi boardingiem do GDN. Zobaczymy, co zrobi Lufthansa!

Jutro juz w DOMU!!!

Denpasar - Ostatni dzien na Bali

Przylecielismy do Denpsar dosc wczesnie rano. Niestety nie moglismy zajac naszego pokoju, hotel byl jescze mocno oblozony. Postanowilismy zostawic nasze bagaze i przejechac sie do jakiegos centrum, aby zjesc sniadanie.

To chyba byl blad. 2 miejsca, do ktorych nas wyslano zupelnie nie przypadly nam do gustu. Nie poddalismy sie i przeszlismy przez lokalne bazarki w celu poszukiwania jakiejs okazji.
I zrobilo nam sie milo.
Dobrze, ze wiekszosc czasu na Bali spedzilismy jednak w Ubud, bo tam byla prawdziwa atmosfera "mistycznej i uduchowionej" wyspy. Tutaj w Denpasar, jak powiedziala zona, jest troszke jak w Jastrzebiej Gorze. Nie mamy nic przeciwko Jastrzebiej Gorze, ale nie da sie jej porownac np. do Kazimierza (Ubud).
Juz wczesniej obiecalem Magdzie, ze w Kucie, ktora jest kultowym miejscem dla sufrerow z Australii, bedzie miala szanse popatrzec sobie na plywajacych na deskach "plaskobrzuchowcow". Nie dotrzymalem jednak obietnicy. Na naszej plazy przy hotelu, byli surferzy, ale wszyscy wygladali na emerytow-surferow, ktorzy czasy swietnosci mieli juz dawno za soba. Mimo wszystko lubimy emerytow!

Zaszylismy sie w hotelu. Tutaj poczulismy, ze mozna miec prawdziwy urlop nieruszajac sie z jednego miejsca. Ale tez zadalismy sobie pytanie, ile dni wytrzymalibysmy tylko siedzac w hotelowym basenie i doswiadczajac hotelowej kuchi. Zgodnie stwierdzilismy, ze maksymalnie 3 dni! Musimy jednak przyznac, ze ten hotel mial wysmienita restauracje, tak wiec zamiast ogladac emerytow-surferow dumnie wciagajacych brzuchy i chodzacych po Baruna Beach, oddalismy sie uciechom kulinarnym!

Szybkie pakowanie... czas jutro wracac do domu!!!!

Pytanie 19
Gdzie powinnismy pojechac w przyszlym roku?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

Lombok - Czas oddac sie uciechom

Po traumie zwiazanej z powrotem z Gilli postanowilsmy, ze tego dnia, ktory byl zreszta naszym ostatnim dniem na Lombok, nigdzie sie nie ruszamy. Bylo jednak kilka opcji, ktore nas kusily. A to moze zobaczymy jeszcze wulkan na polnocy wyspu, a moze wybierzemy sie do kolejnego "centrum garncarstwa" i wreszcie sobie kupie skorupe, a moze po prostu powloczymy sie po wyspie i poogladamy zachod slonca.
Zadna z tych opcji mi nie odpowiadala. Nie mialem ochoty katowac sie w samochodzie (mialem cocculine, ale perspektywa kolejnego kiwania mi nie odpowiadala), skorupe postanowilem sobie podarowac (zawsze moge cos kupic z przeceny w Almi Decor), a zachodow slonca to mam po dziurki w nosie po zeszlorocznej wyprawie.

Po krotkiej dyspusji padlo na "odnowe biologiczna". Dla ducha robilismy wiele w czasie tej wyprawy, a sfera ciala pozostala jeszcze lekko zaniedbana. No moze przesadzam, bo kilkanascie razy mielismy okazje doznac swietnych, w wiekszosci przypadkow, masazy. W ogole, jest to ta czesc podrozy, ktora zawsze nas fascynuje i z checia odddajemy sie roznym zabiegom masazu. Ja poddawalem sie wylacznie refleksologii, ktora tutaj w Azji ma rozne oblicza. Jakbym ktos mnie zapytal, ktore masaze stop zapadly mi najbardziej w pamieci to na pewno w Luang Prabang w Laosie i w Pekinie. Nie bede wdawac sie w szczegoly, ale oba wyroznialy sie nie tylko miejscem gdzie byly wykonywane, ale takze zastosowana technika. W Indonezji tez mielismy kilka bardzo milych niespodzianek, i to wcale nie w jakichs luksusowych miejscach. Musze jednak przyznac, ze tutaj to jest glownie masaz skoncentrowany na nogach a nie na stopach. Ale jak juz terapetka koncentruje sie na stopach, to jest to niezwykle przezycie!

Tym razem Magdusia wybrala na prawde przyjemne miejsce, w malym spa w pobliskim hotelu. Ja zgodzilem sie na masaz stop. Okazalo sie jednak, po 10 minutach wypytywania, ze zaproponowano nam 2,5 godziny tzw. treatment-u. 2 w cenie 1. Jak mozna bylo z tego nie skorzystac. Pelen obaw zgodzilem sie na to "cudo". Nie do konca wiedzialem co sie bedzie dzialo, ale powiedzialem sobie, ze jakby bylo cos nie tak, to przeciez moge uciec!
Na poczatku okazalo sie to lekko traumatycznym, dla faceta, przezyciem. Masazysci kazali nam sie rozebrac i wdziac w siebie jednorazowe GATKI. Matko Bosko! Nigdy nie slyszalem o jednorazowych gatkach dla facetow. Jak je zobaczylem, to sie poplakalem ze smiechu. Wdzialem to cudo. Lekko czulem sie nieswojo, ale bylem pod czujna opieka zony, ktora przeciez wiec, co i jak! Zalozylem sarong. Potem "poddalem sie" masazyscie. Tutaj na Lomboku przewazaja muzulmanie, tak wiec mi byl przeznaczony drobny masazysta, ktory spokojnie moglby zaspiewac : I've got the power!

Przez kolejne 2,5 godziny robiono ze mna wszystko. Masowano, wykrzywiano, uciskano, przygniatano, ugniatano, wyciagano. Poddano mnie takze serii skomplikowanych scrub-ow, nacieran. Nakladano jakies mikstury i kazano wdychac olejki. Lekko dziwne uczucie, bo dotychczas w takich miejscach robiono mi tylko masaz stop, ale nie powiem, ze nie bylo przyjemnie. Kazano nam nawet wykapac sie w mleku. To juz jednak bylo dla mnie zbyt wiele, wiec zakonczylem swoj zabieg uciekajac z wanny.
Magdusia byla bardzo zadowolona, ze mnie namowila. Mi tez sie podobalo, gdyby tylko masowala mnie jakas mila dziewczyna, moglbym dodatkowo wspominac takze inne odczucia:)

Wieczor poswiecilismy wlasciwie na pakowanie, pozegnalna kolacje nad oceanem. Rano czekala nas poranna pobudka i szybkie przemieszczenie sie z Lombok na Bali. Samolotem 23 minuty. Nie lecielismy juz MerpatiTam mielismy juz zakonczyc nasza podroz.

Pytanie 18
Jaki, typowy dla Azji, skladnik zawieral pilling?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

czwartek, 8 października 2009

Gili - You didn't ask about the weather

Wlasciwie chcialem odmowic opisu tego dnia. Robilem wszystko, aby Magda przejela paleczke i napisala o cudownej wyprawie na jedna z trzech wysp Gili. Jednak okolicznosci zmusily mnie do wyluskania z siebie odrobiny energii. Zobaczymy jak mi pojdzie.

A wszystko zaczelo sie zupelnie niewinnie. Pierwszego dnia, jak tylko rano poszlismy sobie na spacer po plazy (o tym pisalem) zostalismy zaatakowani przez plazowe biura podrozy. Biura podrozy, czyli po prostu wlascicieli lodek, ktorzy czyhali na turystow. Sprawa normalna i zrozumiala. Niczemu sie nie dziwilismy, i po kilka namowach uleglismy i zatrzymalismy sie na rozmowe z pierwszym "kapitane". Nazwijmy go Ali. Czulismy ze chce nas naciagnac. Nie byl zbyt przyjemny, wzrok mial lekko metny. Gadal jak najety czym nas dos mocno zdenerwowal. Przeszlismy kolejne 50 metrow i podszedl do nas kolejny "kapitan". Nazwijmy do Mohadan. Wygladal sympatycznie, cene podal bardziej realna. Polecial do swojej lodki i zapisal nam swoj numer telefonu. Nie byl zbyt nachalny, czym nas ujal. Tak bylo w poniedzialek. Rano.
Po poludniu uzgodnilismy wycieczke do Sasakow z Adi, wiec we wtorek wyruszlismy na lad. Morze pozostawilismy sobie na srode. Jescze we wtorek rano napisalem sms do Mohada'a. ze gdyby chcial nas zawiesc na Gilli to jest OK. Nieodezwal sie do srody. Szkoda, bo takim sposobem bizes z nami zrobil Adi.

W srode rano znow musielismy sie zwlec dosc wczesniej. Umowilismy sie na lodki na 08:30. Przejechalismy samochodem 50 m (Adi nas przywiozl z hotelu!!!) i dumnie zapakowalismy sie na lodke typowa dla Lomboku, z 3 balastami. Wygladala i byla bardzo bezpieczna. Na samym poczatku oczarowalu nas widoki. Morze spokojne, niebo bezchmurne. Lekki wiatr. Sama przyjemnosc. Nawet sobie zartowalismy, ze co to za rejs. Zaczelo lekko nami szarpac i rzycac mniej wiecej po 45 minutach rejsu, ale persypektywa zobaczenia slynnych wysp Gilli nas lekko uspokoila. Czytalismy, ze niektorzy smialkowie ignoruja tutejsze prady morskie i probuja plynac wplaw, ale wiedzielismy ze jest to niebezpieczne.



Zanim doplynelismy do Gilli zobaczylismy fantastyczny widok. Kilkaset metrow do snorkelowania i dziesiatki osob ogladajacych ryby, rafe...i co tak jeszcz morze stworzylo. Po wyladowaniu na brzegu uzgodnilismy nas powrot. Wynajelismy rowery i pojechalismy na kilka godzin wokol wyspy. Widok byl nieziemski. Czysta woda, puste plaze, setki kilogramow obumarlej rafy kolarowej. Cisza i spokoj. Z wyjatkiem tzw. cetralnej czesci wyspy skupiajacej sie wokol mariny i przystani speedboatow. Tam bylo kilkadziesiat malych, uroczych kafejek, w ktorych mozna bylo nie tylko sie czegos napic, ale takze dobrze zjesc. Nasza "wyprawa" rowerowa nie byla czyms niezwykly. Na tej wyspie nie ma innego transportu niz rowerowy czy tez konny. Brak jest samochodow, motorynek czy tez skuterow, tak wiec mozecie sobie wyobrazic, ze wygladalo jak w raju.





I jest jak w raju!

Mnie oczywiscie denerwowal widok tych wszystkich mlodych i pieknych ludzi, ale jak to powiedziala moja zona: oni sa 25 lat ode mnie mlodsi i w ich wieku tez tak wygladalem. Hmmm, hmm. Chyba Magda mnie nie znala wtedy, ale nie wygladalem ani na szczupla blondynke, ani tez na szczyplego i wysportowanego surfera z blond wlosami do ramion.
My tez sobie po snorkelowalismy i po szybkim lunchu o 15:00 zaczelismy nasz podroz powrotna.

Mieszkajac blisko morza mam pewne wyobrazenie o morzu i plywaniu po nim. Juz po wejsciu na lodke cos nam nie pasowalo. Nasz "baldachim", ktory mial nas chronic od slonca zostal zwiniety. Nasze plecaki zostaly przesuniete do przodu. "Kapitan" i "kotwicowy" usiedli z tylu. Nawet zazartowalismy sobie, ze jest super. Za godzine bedziemy juz na miejscu.
Po 30 sekundach sie zaczelo. Zaczelo i nie chcialo skonczyc przez kolejne 2 godziny, zamiast 1! Burza, sztorm, bujanie, nawanica. Kiwalo STRASZNIE i bez przerwy. Kapitan mial problemy z prowadzeniem lodzi, a wiatr tylko sie wzmagal i wzmagal. Czegos takieg nie przezylismy jescze nigdy. Czulismy sie bezpiecznie i wiedzielismy ze lodz sie nie przechyli - bo byly odpowiednie balasty bambusowe, ale 100 wejscie na fale, ktore konczylo sie naszym calkowitym zamoczeniem bylo okropne. Nie widzielismy niczego. Woda nie tylko nas otaczala, ale tez oblewala zewszad. Woda mialem w ustach, w oczach, w nosie. Bylismy calkowicie zmoczeni i nie bylo jakiejkowliek peryspektywy, ze to sie skonczy.
Balismy sie nawet pytac kapitana, kiedy doplyniemy, bo byl tak skoncetrowany na trasie. Co gorsza, za kazdy kolenym klifem mielismy nadzieje ze to juz, ze jestesmy juz blisko Sengiggi. Odliczalismy pierwszy klif, drugi. trzeci, osmy, jedenasty, szesnasty. Potem juz nie liczylem bo nie mialem nadzieji, ze doplyniemy w jakims sensownym czasie do naszej plazy. O 17:07 po 4 probach zacumowania wyciagneli nas z lodki. Szczegolnie mi bylo trudno wyjsc o wlasnych nogach, bo czulem, ze blednik nie dzialal tak jak trzeba. Pierwsza osoba, ktora zobaczylem na ladzie, i ktora do mnie zagadala to byl Ali (patrz poczatek wpisu). Popatrzyl na mnie i ze zlosliwym usmiechem powiedzial: mister you didn't ask about the weather, I knew it was bad. Myslalem, ze faceta rozniose. Ale poniewaz przetrwalem pomyslalem sobie, ze dobrze, ze jego wlasnie nie wybralismy.

Jak wszedlem do pokoju w hotelu, to zobaczylem, ze moja komorka, ktora na szczescie ze soba nie wzialem (bo by przemokla) pokazywala, ze mam zostawiona wiadomosc.
To byla wiadomosc od Mohadana. Mocno mnie rozbawila. Zrezygnowalismy z kolejnej wyprawy na Gilli. Nastepny dzien byl spokojny.
Titanic zatonal! Ale my dalismy sobie rade!

Pytanie 17
Jak nazywaja sie 3 wyspy Gilli?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

Lombok - Troche po centrach

Adi. Adi to kolejny taksowkarzo-kierowca, ktorego napotkalismy na swojej trasie. Wlasciwie nie my jego, ale on nas. Adi ma 29 lat, jest chudziutki, zadbany i dobrze ubrany. Opowiedzial nam historie swojego zycia - poczawszy od pierwszego malzenstwa, z bardzo bogata dziewczyna. Niestety tesciowie go nie akcptowali. Adi pochodzil z nizin spolecznych, krotko mowiac byl biedny. Pomimo milosci jaka nadal darzy swoja byla zone i synka, niestety zyje w nowym zwiazku. Rozwidl sie i ozenil ponownie. Z nowa zona jeszcze nie ma dzieci, no i jest od niego duzo mlodsza. Tej historii bysmy nie znali, gdyby nie zaczepil nas na ulicy w Seggigi i nie wynegocjowal sprzedazy wycieczki sladami tzw. primitive tribes.

Zaczelismy od odwiedzin w wiosce, centrum przemyslu ceramicznego na Lomboku. Jak wszyscy wiecie, jestem wielkim fanem garncarstwa. Juz nie raz chcialem sie zapisac na kurs, ale to termin nie taki, to nad first choicem musialem pracowac. Zatem dojechalismy do wioski. No i tu niestety Adi mnie rozczarowal. Zamiast do pracowni, fabryki, zakladu czy spoldzielni garncarskiej zawiozl nas do ... supermarketu z ceramika. Wybor byl calkiem spory, kolory ciekawe. Wybralem kilka rzeczy, Magdusia o dziwo, ala z trudem zaakcpetowala jeden lub drugi garnek. Ale cos we mnie peklo, poczulem, ze te garnki nie sa mi przeznaczone. Grzecznie podziekowalem i wyjechalismy. Zapytalem Adiego czy moze nas zawiezc do producentow. Niestety okazalo sie, ze jest to niemozliwe. Wszyscy rekodzielnicy o tej godzinie, a bylo to w poludnie, sa niby w polu i zajmuja sie zbieraniem soji. Jakos w to nie moglem uwierzyc i nadal nie wierze. Pewnie nie byly to wyroby lokalne ale importowane z Chin lub Wietnamu. A takie ladne.


Z centrum przemyslu ceramicznego przejechalismy w kilka minut do centrum wlokienniczego. Tu sprawa wygladala duzo lepiej. Urocza przewodniczka (angielskiego uczyla sie na kursie letnim w 3 miesiace) oprowadzila nas po wiosce. Trafilismy na przygotowania do slubu w sobote. Troche to dziwne byl wtorek a juz gotowali ryz na sobote. Dobrze, ze nas nie zaprosili, hehehe. W innym domu Magda probowala tkac. Jak sie okazuje, glowa domu w tej wiosce jest osoba, ktora potrafi tkac. Pierwszy raz podczas naszego pobytu, czulem sie jak Magdusia caly czas w Indiach. Wszyscy sie do niej zwracali - Magdalena chcialabys sprobowac tkac, Magdalena chcialabys zobaczyc kolejny dom, Magdalena chcialabys cos kupic? A mnie to nikt o nic nie zapytal. Oj przepraszam, Magdusia zapytala mnie, czy ponegocuje troche przy zakupie niby to obrusika niby narzutki. Zgodzilem sie, nawet calkiem niezle mi poszlo.


Z centrum wlokienniczego pojechalismy do skansenu. Przynajmniej takie mielismy wrazenie. Chociaz przewodnik po wiosce powiedzial nam, ze tak tu ludzie zyja, ale cos nam nie pasowalo w tym wszystkim. Ciekawe tylko dlaczego przewodnicy siedzieli przed wioska pod bambusami i bylo ich kilkunastu. A nikt z samej wioski nie byl zainteresowanym oprowadzeniem po niej.


Mieszkancy generalnie odpoczywali, moze dlatego ze bylo to w poludnie? Jedna z rodzin zaprosila nas na kawe. Takze bylismy na kawie u Sasakow. Tak nazywa sie wlasnie rdzenni mieszkancy Lomboku. Kawa byla zaje... mocna, do tego byly ryzowe ciasteczka. Generalnie, chyba bylismy dla nich atrakcja. Od przewodnika, dowiedzielismy sie jeszcze, ze u Sasakow, mezczyzna spi przed domem, a kobieta w domu. No chyba, ze sa zaraz po slubie to wtedy spia razem. Kiedy mezczyzna chce splodzic kolejne dziecko, lub poprostu pobaraszkowac z zona, wtedy puka do drzwi. Kobieta moze go wpuscic lub nie. No widac, ze to juz kolejne miejsce na tej wyspie, gdzie mezczyzn traktuje sie podmiotowo.


Ostatnim przystankiem tego dnia, byla Kuta. Oczywiscie nie Kuta na Bali ale Kuta na Lomboku. Obie Kuty maja jednak wspolna ceche. Jest to centrum surfingu na wyspie. Chociaz my serferow widzielismy w uroczym barku na plazy, ale pewnie w sezonie jest ich tu wiecej. Za to widzielismy urocze dzieciaki taplajace sie w przejrzystej wodzie.


Adi sie sprawdzil, kupimy od niego wycieszke na Gili.


Pytanie 16
Kto to jest Balik?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

środa, 7 października 2009

Lombok - Czas wreszcie odpoczac

W kazdej podrozy nalezy sie nam chwila odpoczynku od zwiedzania, przemieszczania sie, organizowania. Potrzebujemy lekkigo luksusu. Po ponad 2 tygodniach podrozy, wstawania o 3.30 i 5.00, wreszcie wyspalismy sie do 7.30!!! A dlaczego do 7.30? Bo w tripadvisorze, bylo napisane, ze hordy Niemcow kradna reczniki i blokuja lezaczki w naszym hotelu. Oj my naiwni, naiwni. Jakie hordy, jacy Niemcy, tu nie ma prawie nikogo w naszym hotelu, oprocz kilkunastu par zakochanych, jakby zaraz po slubie byli. Lezaczki nie byly zablokowane do konca dnia, ale dzieki wczesnej pobudce, przeszlismy sie, plaza w te i nazad, zaczepiani za to przez hordy lokalnych sprzedawcow. To podrozy na Gili, to koralikow, to masazy, czego oni tam nie sprzedawali jeszcze. Na Gili to pojedziemy, ale koralikow nie planujemy kupic, masaze tez raczej bedziemy uskuteczniac w lokalnych spa.

Pobyt na basenie byl bardzo mily, wytrzymalismy 2 godziny i stwierdzilismy, ze nie po to jechalismy 13 000 km, zeby sie wylegiwac pod kokosami. Po za tym, wszyscy tu sa szczupli i mlodzi, a to nie jest mily widok.

Po poludniu zajelismy sie wzyklymi sprawami jak lunch, masaz, mango juice i aranzacja transportu na nastepny dzien. Jest plan pojechac ogladac rdzennych mieszkancow wyspy i ich domy. Mam plan kupic sobie garnki.

Wieczorem, postanowilismy zastosowac diete owocowa, nie chcialo sie nam nigdzie wyjsc, w koncu plan byl wreszcie opoczac. Z poczucia obowiazku poszedlem jednak do kafejki i napisalem 2 relacje z poprzednich dni. Wracajac mialem lekkiego stracha, bo Magdusia nie dala sie namowic na wyjscie, wiec wracalem sam. U nas na wyspie, to prad jest deficytowy i co chwile go wylaczaja. Trafilem wlasnie na taki moment i do naszego hotelu ciut oddalonego od "centrum" troche trzeba przejsc w ciemnosciach.
Jak przyszedlem do hotelu, Magda nawet nie zauwazyla mojego przyjscia i mojej nieobecnosci, bo Titanic, wlasnie zatonal. Trzy godziny minely jej niepostrzezenie.
Teraz mam juz kolejny dowod na to, ze w zyciu nic nie dzieje sie bez powodu, ale o tym w relacji za 2 dni.

Pytanie 15
Co to jest Linia Wallace'a i jaki ona ma z nami zwiazek?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

wtorek, 6 października 2009

Ubud - Dluga historia, krotki lot

Czyli co zrobic, zeby doleciec na Lombok. Historie ten dedukuje tym wszystkim, ktorzy wierza we mnie i zasypuja mnie pytaniami o dzialanie linii lotniczych, rozklad lotnisk, aktualne promocje, czas wylotu, przylotu samolotow, a takze prawo przewozowe w transporcie lotniczym.
Zachcialo mi sie, leciec samolotem z Bali na Lombok. Magdusia namawiala mnie na speed boat, ale pamietajac swoje przygody z dziecinstwa, a takze podroz do Wietnamu, kombinowalem, jak tu uniknac drogi morskej. O to dluga historia, krotkiego lotu.
2.10.2009
15.46 w czasie masazu decydujemy sie leciec na Lombok samolotem
15.57 jestem w biurze podrozy, szukam wolnych polaczen, logujemy sie na merpati.com
16.17 agent biura podrozy, nie moze nas zabookowac na lot, bo go nie ma
16.19 pojawia sie nasz lot w systemie, agent informuje mnie, ze merpati not good airline
16.29 bilet kupiony i zaplacony na 4.10.2009 godz. 8.00 AM
16.49 udalo sie nam wydrukowac bilet

3.10.2009
mam zasade w zyciu, ze nie wierze, zadnym agentom i liniom lotniczym, zawsze sprawdzam na stronach nie tylko linii ale i lotnisk, przewidywane starty i ladowania. Mialem przeczucie, zaciagnalem Magdusie do kawiarenki, o to co sie dzialo.
21.26 na stronach lotniska odlot zaplanowano na 13.00
21.28 na stronach merpati odlot zaplanowano na 18.00, czyli 10 godzin opoznienia
21.35 telefon do merpati, po 4 przelaczeniu wkoncu trafiam na osoba mowiaca po angielsku, potwierdza, ze odlot "chyba" jest o 18.00
21.51 email od merpati z nowym czasem wylotu 18.00
23.25 rozmowa z naszym kierowca Ketutem, o zmianie godziny wylotu. Nie wstajemy o 4 rano, nawet sie ucieszyl

4.10.2009
dzien rozpoczal sie fajnie, lekki shopping w ubudzie, spracer, kafejki, mielismy szanse poczuc jeszcze atomosfere miasta.
13.50 zamiast Ketuta jest I Made, sympatyczny, mowi po japonsku
14.47 w Denpasar w hotelu zostawiamy moje rzezby
15.10 jestesmy na lotnisku, ale nie wierze merpati
15.14 facet w merpati, mowi, ze oni leca, ale nie o 18 ale o 20.40, czyli mamy jeszcze 5 godzin, szlag nas trafia
15.27 baba w merpati, nie ma szansy nas odprawic, zadamy rozmowy z kierownikiem
15.47 kierownik mowi - you will fly mister, I am sorry for merpati. I'm finding.
16.02 sprawdzam w Garuda i Trigana Air, wysmiali nas, nie maja zadnych miejsc
17.09 odlatuje Trigana Air bez nas, I am trying mister
17.22 wychodzimy z lotniska napic sie kawy, zahaczam o Garude, z glupia franc pytam o bilety
17.23 sa ostatnie 2 bilety w klasie biznes, robie rezerwacje
17.27 szukamy kierownika, na naszego sms odpowiada smsem (patrz zdjecie)
17.40 kierownik dostaje zawalu serca, mowimy mu ze nie lecimy merpati jak nam odda pieniadze lecimy Garuda.
17.57 bez pokwitowania oddaje nam pieniadze, a ja kupuje bilet na Garude. Rezerwacja wygasa o 18.00
19.40 siedzimy wygodnie w pelnym samolocie Boeing 737-400 Garuda Indonesia ze 136 pasazerami
20.09 ladujemy na Lombok

Lot trwal 19 minut.
Never merpati again.

21.40 merpati nadal nie wylecial z Bali


Pytanie 14
Wymien 4 indonezyjskie linie lotnicze.
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie! .

poniedziałek, 5 października 2009

Ubud - Zaplacililismy za 40 lasek

W koncu zaswiecilo slonce! Jaka radosc! Piekny Gojo znow nas olal i przyslal, kolejnego z licznej rodziny, kierowce o dzwiecznym imieniu I Nyomno. Jaki to byl gadula. Z trudem sie go sluchalo, trundo bylo nawet prowadzic z nim konwersjacje. Na poczatku byl bardzo mily, ale mu sie to jednak po jakims czasie zmienilo. Dzieki temu, ze mielismy kierowce, to co zaplanowalismy, to objechalismy. Zaczelismy oczywiscie od uroczej galerii, na ktora polowalam 3 dni. Zawsze byla zamknieta. W galerii doszlo do szybkiej wymiany zdan miedzy mna i Jackiem, ale postawilam na swoim! Mam oryginalna bizuterie, mimo tego z nie dalo sie niczego utargowac :(. W koncu kupilam sobie prezent urodzinowy.
Potem szybko przemiescilismy sie do swiatyn hinduistycznych. Bylo cos dla ciala, traz dla ducha. Zaczelismy od tzw. Elephant Cave. Wlasnie odbywaly sie przygotowania do Temple Ceremony, ktora rozpoczynala sie nastepnego dnia. Setki osob krzataly sie w swatyni. Czesc przygotowywala ofiary, inni zajmowali sie robieniem specjalne dekoracje z lisci palmowych. Spora grupa zajmowala sie cateringiem(?). Niestety stalismy sie tam swiadkami makabrycznej czynnosci, czyli morderstwa na sporej tuszy. Biedny swiniak wydzieral sie strasznie, konal dlugo. Niezbyl to przyjemny widok, ale nie dalo sie tego niestety uniknac.


Tego dnia, a byla to pelnia ksiezyca, wieloktrotnie spotykalismy odswietnie ubranych Balijczykow podazajacych do swoich swiatyn z przygotowanymi wczesniej ofiarami(darami).
Najwieksze wrazenie zrobily na nas rytualy, ktorych bylismy swiadkami np. w swietym miejscu, czyli Holly Springs, gdzie cale rodziny skladaly ofiary, obmywaly sie lub tez oczyszczaly w tych zrodlach.




"Wzielismy" tez udzial w innej uroczystosci, ktora dokladnie obfotografowalam. Zrobilam zdjecie chyba kazdej kobiecie, ktora niosla przpiekne kosze z darami (zywnoscia) do jednej z mniejszych swiatyn napotkanej na trasie naszej wycieczki. My takze okazalismy sie atrakcja...dla dzieci, ktore smialy sie z nas, ale chetnie pozowaly do zdjec. Znow slyszelismy hello mister:)




Gdy wreszcie dotarlismy na punkt widokowy wulkanu Batur oblegla nas chmara sprzedawcow oferujacych wszystkie mozliwe dobra. Pytanie po co, bo zaden z turystownie mial ochoty niczego kupic. Szybko ewakuowalismy sie z powrotem do Ubudu zahaczajac po drodze o mala plantacje kawy i przypraw. Jacek kupil sobie 40 lasek...wanilii robiac tym samym zapas na chyba kolejne 2 lata.
Na zakonczenie dnia zachwycil nas niesamowity widok urokliwych pol ryzowych. To bylo ukojenie po dniu pelnych emocji i ... dlugooczekiwanego upalu.



Pytanie 13
Wymien 4 desery, ktore mozna zrobic wykorzystujac nasiona z laski wanilii.
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie! .

Ubud - Geniusz wymyslil sms-y

Kolejny dzien pada. Mimo tego, ze obwiescilem, ze juz przeslalo padac, to jeszcze w piatek padalo. Lekko sie zdenerwowalismy, bo nie moglismy spac. Dostalismy jeszcze kilka sms o trzesieniu ziemi w Indonezji, i mielismy juz tzw.lekkiego porannego stresa. Porannego, bo o 05:07 wstalismy i zaczelismy obserowac ponownie deszcz. Nawet wzielismy lekkie srodki uspokajajace. Nadal lalo i nic nie zapowiadao, ze przestanie. Zaczelismy nawet myslec, ze weekend to chyba spedzimy w Singapurze albo w Kuala Lumpur, bo moze tam nie bedzie padalo. Cieszy nas, ze dostalismy tyle sms wspierajacych nas!

Na szczescie przybyl I Waya Raeka ok 09:00 rano. Dumnie wkroczyl do naszej willi otoczony wianuszkiem pracownikow. I Wayan Raeka zarzadza calym osiedlem i idzie to mu calkiem dobrze. Szybko rozpoczal akcje pomocy. W domu zabezpieczono dodatkowo rozne przestrzenie (nasz dom jest otwarty), zalozono ochrone przed woda w lazience. Po sniadaniu pracownicy posprzatali i odswiezyli caly dom. Zrobilo sie znow milo.
Deszcz padal, a my wdalismy sie w rozmowe z I Wayanem. Na oko 20. kilka lat, 2 dzieci, zona, duza rodzina. Bardzo sympatyczny czlowiek. Piszemy o nim, bo dodal nam otuchy. Przede wszystkim poczulismy teraz, ze KTOS nad nami czuwa, i w dzien, i w nocy, o czym do konca nie wiedzielismy. Po drugie zakazal wyjazdu z Ubud-u i zasugerowal, co mozemy wlasnie tego dnia robic. Po trzecie opowiedzial nam o innych turystach, ktorzy byli na Bali, gdzies trzy tygodnie temu. Z 6 dni urlpou padalo przez 4. W naszym przypadku to tylko 2 z 6 dni:)
Z I Wayanem pogadalismy troszke o zyciu. To chyba jest najwieksza wartosc w naszy podrozach, ze mamy mozliwosc poznac inny ludzi. Inna kultura, inna religia, inne wychowanie tworzy calosc czlowieka. Jego poglady formowane sa takze przez tradycje. A ta na Bali jest i bedzie, jak powiedzial I Wayan.
Zagadalismy o Ketuta, ktorego spotkalismy 2 dni wczesniej. Okazalo sie, ze jest to "rodzina", moze nie do konca prawdziwe pokrewienstwo, ale Ketut traktowny jest jak medrzec, do ktorego wszyscy czlonkowie rodziny przychodza z roznymi problemami. Tak bylo wiele lat temu w przypadku dziadka I Wayana, ktory, jak zrozumielismy, po wylewie mial probemy ze szczeka i nie byl w stanie mowic. Modlitwy, ofiary i wstawiennictwo Ketuta pozwolilo dziadkowi wrocic do zdrowia w krotkim czasie. Takze po urodzeniu coreczki I Wayana, cala rodzina martwila sie, ze codziennie o 18:00 dziecko zaczyna plakac. Ten placz przeradzal sie w szloch trudny do opanowania. Kolejny raz sila Ketuta zadzialala. Ofiaty zlozone przez rodzine I Wayana, pomogly. Tak wiec, jak to powiedzial I Wayan, cala jego rodzina w ciezkich sytuacjach zawsze przychodzi do Ketuta. Traktowani sa jak rodzina. Pozostaje tylko pytanie, lekko zlosliwe z naszej strony, czy Ketut tak samo kasuje wszystkich?

Tego dnia postanowilismy sobie dogodzic kulinarnie.
Jak pada, i nie ma co robic... na swiezym powietrzu, to odkrylismy 2 wspaniale restauracje. Podsumowujac dzien, stwierdzilismy, ze jedlismy TOP2 dania tego dnia. Zaluje, ze nie fotografowalem, bo byloby co:)
Jeszcze tylko kilka malych galerii, jakies drobny zakup bizuterii. To Magdusi poprawilo humor!



A w ogole tego dnia, to poczulismy jak dobrze, ze mamy telefon. Stwierdzilem nawet ze ten kto wymyslil sms jest prawdziwym GENIUSZEM. Sam zobaczcie!

Bynajmniej nie chodzi tutaj o sms, ktore otrzymujemy zaraz po przylocie do kraju. Tutaj w Indonezji, zachecano juz nas wieloktrotnie do zmiany operatora i utwierdzano nas w przekonaniu, ze TEN inny jest lepszy.
SMS w ogole sa tutaj stosowane w komunikacji z obcokrajowacami. Jak tylko rozmawia sie z taksowkarzem, biurem podrozy, lub nawet z tzw.lokalnym, to od razu nastepuje wymiana numerow telefonow komorkowych. Na poczatku myslalem, ze jest to lekko dziwny zwyczaj, ale teraz uwazam, ze jest to jak najbardziej sensowne podejscie do obslugi klienta.
Nie zlicze osob, z ktorymi smsowalem w sprawie taksowki, biletow lotniczych. Mamy tez swojego opiekuna tutj Gojo, ktory obstawial nas cala rodzina, jesli chodzi o transport dlugodystansowy. Gojo jest mistrzem w pisaniu sms. Byl sms witajacy, byl obiecujacy, byl przepraszajacy, byl zachecajacy, byl tlumaczacy. Wczoraj byl sms zegnajacy. Byl tez tlumaczacy.

Jestem zwolennikiem samodzielnej nauki jezykow obcych. Nasi wszyscy taksowkarze, nauczyli sie angielskiego mowionego, potrafia pisac fonetycznie. Co nas bardzo zadziwilo wiekszosc z nich mowi takze po japonsku, i to lepiej niz po angielsku. Czapki z glow! Niech nasi taksowkarze w Trojmiescie tez ucza sie jezykow. I to ne tylko z powodu Euro2012. I nie ma znaczenia co bedzie napisane na wizytowkach. Byle tylko byly!

Pytanie 12
Co to jest fish-spa, ktorego doswiadczylismy, ale nie opisalismy?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

piątek, 2 października 2009

Ubud - Hari ini hujan terus

Ale nam sie przytrafilo! Od ponad 22 godzin moglbym w kolko wypowiadac te same slowa, ktore okreslaja deszcz, czyli ze jest: ulewa, deszczyk, kapuśniaczek, kapanina, chmura, chlapanina, chlapa, powódź, siąpawica, pompa, plucha, opad, oberwanie chmury, mżawka, slota. Leje sie z nieba! I tak w kolko: deszcz, ulewa, deszczyk, kapuśniaczek, kapanina, chmura, chlapanina, chlapa, powódź, siąpawica, pompa, plucha, opad, oberwanie chmury, mżawka, slota. Nadal leje sie z nieba!

Juz kilka razy przezylismy deszcze w Azji, ale ten wydaje sie nie miec konca. Zaczelo sie tuz przed spektaklem z tancem Kacak. Mielismy nadzieje, ze troche posiapi i kiedys przestanie. Po 22 godzinach nie przestalo. Trwa. Czasami tylko lekko zelzy. Jednak czesciej nasila sie. I to bardzo! Nasz ekologiczny, typowo balijski,ale jednoczesnie nowoczesny (czpki z glow dla architektow!!!!) i przestronny dom dobrze to znosi. Chociaz musimy przyznac, ze woda dostaje sie z roznych miejsc zalewajac nam nieco toalete i czesc "living room-u". Na szczescie sypialnia jest sucha, no moze z wyjatkiem szafy, ktora ma naturalny dostep do swiezego powietrza. O lazience nie musze pisac, ze jest zalana, bo po prosru kamienna wanna jest na swiezym powietrzu. I naturalnie poddawana jest probie desczu lub slonca, w zaleznoci od pogody:)

Deszcz w Azji to luksus. Doskonale to rozumiemy i cierpliwie czekamy, jak przestanie padac. Pole ryzowe, ktore rozciaga sie przed nami ma niesamowicie intensywna zielona barwe. Lany ryzu stoja dostolnie, z wyjatkiem jednej niewielkiej czesci przed nami. Co ciekawe, tuz przed naszym tarasem powstal okrag o srednicy ok. 8 metrow polozonego zboza. Mamy podejrzenia, ze jest to efekt opieki jaka nad nami roztoczyl "wise man" Kekut po naszej wizycie u niego. Stwierdzilismy, ze wczoraj musieli wyladowac w nocy kosmici. Dobrze, ze nie pozostawili innych sladow.

To co jest luksusem dla tubylcow, moze byc lekkim przeklenstwem dla turystow. Deszcz zburzyl plan dnia, ale tez dzieki takiemu zawirowaniu mielismy czas sie zrelaksowac i wyspac. O 12:00 postanowilismy jednak, ze ruszymy sie z miejsca. Zadzwonilismy do zaprzyjaznionego taksowkarza z naszej wsi i po mniej wiecej 15 minutach bylismy juz w miescie. Za potrzeba. Za potrzeba, mam na mysli finansowa. Juz po odwiedzinach 4 bankow, z ktorych w 2 mnie wyproszono grzecznie, ale stanowczo udalo nam sie pozyskac lokalna walute. W tych dwoch niegoscinnych bankach, nie zachowywalem sie zle, ale okazalo sie, ze "bank is closed". Jak jest closed, pomyslalem, jak ja widze, ze klienci sa obslugiwani. Podobnym jak straznicy, nieco konfidencjonalnym glosem, zapytalem: why? mister why?. Odpowiedz w obu przypadkach brzmiala tak samo. Closed for you sir, no money changer now!

Lejacy sie z niba deszcz daje taze czas na lekka refleksje i moment zadumy. Wiekszosc turystow z Europy ma takie dziwne poczucie, ze kazdego dnia w czasie urlopu trzeba cos zobaczyc, gdzies pojechac, cos zaliczyc, cos szybko ocenic. Moze dodatkowo zrobic zdjecie lub dwa, i pobiec do kolejnego miejsca. A dzisiaj byl takie dzien, ze usiedlismy sobie w miejscu zwanym KAFE, ktore jest centrum, jak to my mowimy "lekko uduchowieni".
KAFE wyglada na miejsce prowadzone przez Europejczykow, ze wspaniala kuchnia fusion, niezwyklymi deserami i...straszna i zmanierowana lokalna obsluga (zostawmy to, bo tak jest na prawde milo i sympatycznie).


Kim w takim razie sa "ci uduchowieni". Moze wytlumacze, ze to miejsce prowadzi oprocz tradycyjnej restauracji/lounge osrodek cwiczen jogi, nazwany tutaj Yoga Barn. Przychodza wiec tutaj ludzie "uduchowieni", ktorzy na Bali chca znalezc siebie, swoj wewnetrzny spokoj, odkryc swoja moc, ukoic dusze. Jednoczesnie przychodza by potrenowac joge i dobrze zjesc. Bardzo dobrze zjesc! Zdrowo, ogranicznie, moze lekko zwmyslowo:).
Kazdy, kto tutaj przychodzi wyglada mnie wiecej tak samo. Lekko dziwna fryzura (nie ma standardu, cos w tej coiffurze jest innego), niezbyt nowa koszulka, lub bluzka lub narzutka jak ze sklepu indyjskiego, spodnie koniecznie szerokie i opuszconym krokiem. Przewaznie sa to osoby tzw. single. ktore maja w dloni, lub ewentualnie w torbie (owbowiazkowo lokalny wyrob, im starsza i bardziej pobrudzona tym lepiej) ksiazke. Ksiazka zazwyczaj jest o ZYCIU. Taka osoba, czyli singel, zawsze zagada do sasiada. Niby taki lekki usmiech, typowe how are you. Z tego rozwija sie konwersacja, ktora trwa przynajmniej 40 minut i konczy sie nie tylko stwierdzeniem, ze przyjechal/a na Bali "odnalezc siebie" lub ewentualnie "rozpoczyna nowy rozdzial w zyciu", ale przedstwieniem sie nawzajem. Czesto konczy sie to obietnica ponownego spotkania po kolejnej lekcji jogi.
Ciekawe zjawisko. Stwierdzilismy nawet z Magdusia, ze u nas nie ma takiego zwyczaju, a osoby zaczepiajace innego wspolkawowicza w kawiarni, traktowane sa jak tani podrywacze.

Senny dzien poswiecilismy na lekka odnowe biologiczna. Refleksologia (wczoraj bylo na prawde czadowo, az bolalo) dla mnie, a masaz z cieplych kamieni dla Magdusi. Nie bardzo marwtie sie tym, ze dzisiaj nie widzielismy niczgo konkretnego. Urlop to przeciez odpoczynek. Odpoczynek od pospiechu, biegania, zalatwiania, organizowania, negocjowania. Nie jest to jednak odpoczynek od szukania rzezby. A ta juz mam! I to nawet 2!

Publikujemy tego posta w piatek 02/10/2009. Po 43 godzinach, ok 10:56 przestalo padac! Jest ulga!

Pytanie 11
Co oznacza tytul dzisiejszego wpisu do bloga?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

czwartek, 1 października 2009

Ubud - Atak malpy, slub, dwuzebny Staruszek, gorace kamienie i trans

Nic od rana nie zapowiadalo tak intensywnego dnia. Leniwy poranek, sniadanie z widokiem na pole ryzowe, jak co dzien zar z nieba. Po kilku dniach pobytu w Ubud, w koncu postanowilismy zobaczyc Monkey Forest. Jest to minaturowa dzungla w srodku miasta, gdzie swoj dom maja setki albo tysiace Makakow. Postanowilismy nie kupowac "official monkey banana" tylko wpasc na chwile, rozejrzec sie tu i owdzie i zaraz po tym wypic rytualny juz Mango jujce w pobliskiej kafejce. Wchodzac do parku juz widzielismy jakies 30 mniejszych i wiekszych malpek, jest ich tam faktycznie cale mnostwo. Stwierdzilam, ze obiektyw, ktory mam w aparacie jest nietety za maly. Dobieram sie do mojego plecaka, a tu z nienacka rzuca sie na mnie jedna malpa, a kolejne 3 juz sie namierzaja. Cale szczescie nie podrapala mnie, tylko uczepila sie moich spodni, bo kolejnej kontuzji juz bym chyba nie zniosla. Jacek dostal ataku lekkiej paniki, czul sie jak bohater gry komputerowej, gdzie musi walczyc z przeciwnikami. Postanowilismy juz wiecej nie stresowac sie i opuscic Monkey Attack Forest.


Przechadzajac sie ulicami Ubud, nie sposob oprzec sie urokowi wszystkich dziel sztuki. W ubieglym roku w Malace, Jackowi wpadla w oko para rzezb przedstawiajaca pare mloda. Wtedy nie zdecydowalismy sie na zakup, bo byl to poczatek naszej podrozy. Wg mnie w glebi serca to tegoroczny wyjaz do Indonezji, nie byl spowodowany, przez wspomnienie Jacka opisane kilka dni wczesniej, a raczej z powodu wlasnie tych rzezb. Jak sie spodziewalismy sa ich tu setki. Wieksze, mniejsze, siedzace, stojace, pary mlode z Javy i Bali, kolorowe, wyblakle, drogie i bardzo drogie. Historia tych rzezb, to po prostu upamietnienie waznego dnia - slubu, kiedy jeszcze nie bylo fotografii. Po odwiedzeniu kilku galerii, zapadla decyzja, zeby wyruszyc do pobliskiej wsi Mes, gdzie jest pelno hurtowni z dzialami. Jacek wynegocjowal bardzo dobra cene za chude, stojace malzenstwo. I jak my to znowu przywieziemy? To pewnie i tak mniejszy problem. Gorzej gdzie ich postawimy?
Gdy Kolezanka z pracy (pozdrawiam Kasie serdecznie) dowiedziala sie o naszych planach urlopowych, powiedziala, Bali, tam musi byc urokliwie. Czytalas ksiazke ....? Kilka tygodni pozniej inna, odnaleziona po latach Kolezanka, rowniez wspomniala o niej (pozdrawiam Asie serdecznie). Postanowilam przeczytac. Trzecia czesc ksiazki umiejscowiona jest wlasnie na Bali i to w dodatku w Ubudzie. Okazalo sie rowniez, ze wazna postac z tej ksiazki, mieszka doslownie kilkaset metrow od nas i chetnie spotyka sie z turystami, czytajac z ich rak (i nie tylko). Postanowilismy skorzystac z tej okazji i poznac nasza przyszlosc.

Ketut Liyer to chudziutki, pogodny staruszek. Przywital nas szerokim usmiechem i zapytal naszego kierowce skad jestesmy. Poprosil bysmy zechcieli poczekac chwile bo bola go plecy i musi wziac lekarstwo. Jacek juz chcial zaproponowac Ketutowi Ketonal Forte, bo nosi go caly czas ze soba na wypadek, kolejnego napadu kolki nerkowej. Jednak nie smial. Staruszek usiadl w pozycji pelnego lotosu i zanim zaczelismy rozmawiac, ze tak powiem, siarczyscie beknal. Przeprosil, powiedzial, ze ziele ktore bierze na nerki tak na niego dziala. Porozmawialismy dobre 10-15 minut na temat co robilismy i zamierzamy. Pytal nas o ksiazke, nawet Jacek przeczytal mu fragment. Jego egzemparz byl juz z lekka podniszczony, ale bardzo cenny, bo z dedykacja autorki. Ketut zaczal ode mnie, calkiem dlugo to trwalo, patrzyl mi w twarz, oczy, nos, brode, usta - you are pretty - you understand? Nastepnie lewa dlon. Bede dlugo zyla, bede bogata, mam dobra karme - you understand? Twoj maz ma szczescie, ze ma taka zone - you understand?. Na koniec jeszcze popatrzyl na kark i nogi. You have a good energy - you understand? powtarzal. Oczywiscie moja relacja jest w duzym skrocie i z mala cenzura. Jacka "badanie" wygladalo mniej wiecej podbnie, nie mowil tylko, ze jest ladny, ale ze ma duzo, duzo szczescia - you have 3 lucky lines - you understand?. Zawsze mu powtarzam, zeby gral w lotto, bo jego babcia wygrala traktor i 2 Syrenki, albo na odwrot. Moze jak uslyszal to od Ketuta, to teraz uwierzy. Powiem jeszcze tylko, ze mamy od wczoraj problem w rodzinie, bo z mojej dloni Ketut wyczylal dwoje dzieci, a z Jacka troje. Wydawalo mi sie, ze Jacek traktuje mnie jak dziecko, a teraz mam na to dowod. Spedzilismy z nim bardzo milo czas, jego pogoda ducha i prawie bezzebny usmiech, udziela sie ludziom. Wyszlismy zadowoleni i pelni energii na reszte dnia. A duzo sie jeszcze wydarzylo.
Popoludnu poszlismy jeszcze na cudowne masaze, pierwszy raz w zyciu sprobowalam masazu kamieniami. Bedzie to chyba moj ulubiony masaz, gorace kamienie, swietnie rozluzniaja i odprezaja cialo. Jacek w koncu doczekal sie swojej upragnionej refleksologii.
Na koniec dnia poszlismy na Kecak and fire dance - tu nie bede wdawala sie w szczegoly, sami ocencie.



W naszej kwaterce wyladowalismy bardzo pozno i mocno zmoknieci. Lunal deszcz.

Pytanie nr 10
Jakiej ksiazki bohaterem byl Ketut Liyer?
Odpowiedzi na pytanie prosimy o przeslanie wraz z adresem zwrotnym na korzewscy@gmail.com. Zwyciezca otrzyma pocztowke.