wtorek, 29 września 2009

Ubud - Trudna praca redaktorow

Na wstepie chcialbym podziekowac za liczne sms, ktore otrzymalismy dzisiaj w zwiazku z informacjami o trzesieniu ziemi w Indonezji. Cieszymy sie, ze nad nami czuwacie! Dobrze, ze niektorzy z was nie owijali w bawelne i od razu napisali o co chodzi. Byly tez sms-y tzw. zaczepne, ktore spowodowaly lawine kolejnych:)

Do rzeczy! Dzisiaj opisuje dzien wczorajszy. Mamy lekki poslizg. Dlaczego? Bo praca redaktorow bloga nie jest prosta. Jeden redaktor (dla zmylki nazwijmy go prowadzacym), ma pewne oczekiwania do drugiego redatora (nazwijmy go artystycznym). Oboje maja rozne podejscia do tresci bloga w warstwie tekstowej i w formie ilustrujacych dzien zdjec. I to bylo by na tyle, bo nie bede tutaj ujawniac kuchni pisania i tworzenia bloga. Kto nie sprobowal, ten nie wie. A kto sprobowal, to czuje bol tworcow i mam nadzieje, ze sie z nami solidaryzuje.

Nie wspominalem chyba jeszcze o Gojo, ktory mial byc naszym kierowca na Bali. Polecony, sprawdzony, wiec chcielismy sie z Gojo zaprzyjaznic. Na razie nie jest to nam dane. Co chcemy skorzystac z jego uslug okazuje sie, ze albo ma swieto w swiatyni w swoje wiosce, albo go cos boli, albo jest niewyspany. Gojo ma jednak liczna rodzinke, wiec nas dokladnie "obstawia". Na dzisiejszy dzien "podstawil" nam I Wayana. Milego, 34 latka, z 2 dzieci, zakochanego w swojej zonie. I Wayan wparowal do naszej kwatery z kartka a nanich wykaligrafowane imionami Magda and Jacek. Z rozbrajajaca sczeroscia powiedzial, ze przyjechal po nas. No to sie zebralismy i w drzwiach (no wlasciwie w oscieznicach) zorientowalismy sie, ze I Wayan to jest I Wayan a nie Gojo.. I Wayan, nie wiedzial, gdzie dokladnie chcemy jechac, a my sierotki niczego nie zaplanowalismy, bo myslelsimy ze Gojo nam cos zaproponuje. Nic sie nie stalo... moglibysmy zanucic. Po kolejnych 3 minutach mielismy plan i wyruszylismy na podboj Bali.


Pierwszym przystankiem byla swiatynia hinduistyczna Pura Taman Ayun. Nazwa oznacza ogrod kwiatowy dla wszystkich. Od razu wiedzielismy ze jest to "TO" co chceilismy zobaczyc na Bali. Niewielki park otaczajacy swiatynie, cisza. Kilkadziesiat kobiet skladajacy codzienne ofiary stanowily naprawde piekny widok. Spokoj, spokoj, spokoj... ewentulanie gdzies w tle rozmowy balijczykow wewnatrz swiatyni. Na szczescie na jej teren nie moga wchodzic "innowiercy" wiec unika sie przepychanek typowych turystow, ktorzy zadni sa swietnego ujecia wlasnie modlacych sie wyznawcow hinduizmu.


Droga do kolejnej swiatyni nie zapowiadala niczego szczegolnego. Chyba nawet lekko przysnelismy, gdy nagle przed naszymi oczami ukazala sie grupa ok 200 osob siedzacych spokojnie na polowie asfaltowej drogi zaraz za wjazdem do jednej z licznych mijanych na trasie miejscowosci. Zatrzymalismy I Wayan'a i wyskoczylismy na droge. Czekala nas prawdziwa przyjemnosc ogladania ceremoni rozpoczecia swieta w jednej z lokalnych swiatyn! Po kilkunastu minutach z drugiej wsi dojechala kolejna grupa. Pewnie ze 300 osob z instumentami muzycznymi, darami do swiatyni. Setki kobiet i mezczyzn w zwartym szyku przeszlo przez miasto. Jak ogladacie festiwale z Indii to pewnie zauwazyliscie tlumy ludzi idacych w procesjach do swiatyn. My znalezlismy sie w samym jej srodku! Uczucie bylo niesamowite! Wszyscy nas pozdrawiali, pytali sie skad jestesmy. Wytlumaczyli tez, ze nie jest to slub, jakby to nam sie moglo wydawac. Feria kolorow, zapachow, ogluszajaca muzyka. Prawie trans.


Pomyslelismy sobie znow, ze Bali nam bardzo odpowiada, bo jest tu kolorowo, roznorodnie, a turysci sa tu mile traktowani. Mimo tego, ze niewiele osob mowi po angielsku, jakos jestesmy w stanie sie dogadac. Glownie jednak na moje pytania slysze odpowiedz yes, yes, yes... Ale to jest lepsza odpowiedz niz, I don't know, ktora czesto mozna uslyszec w Europie. Moge powiedziec, ze zaliczylismy juz piersze swieto na Bali. Czeka nas jescze wiecej.

Kolejna swiatynia to Pura Ulu Danu Bratan. I Wayan nie byl naszym przewodnikiem, wiec trudno bylo czegos wiecej sie na jej temat dowiedziec. Niewazne byly fakty, wazne to czego doswiadczylismy. Tutaj znow odbywala sie "celebration", jak nam powiedziano. Setki osob sluchalo w skupieniu modlitwy, zlozylo dary. Na zakonczenie doswiadczylo "koncertu" lokalnej okiestry. Zauwazylismy takze, ze w czasie kiedy kobiety wnosily pozywienie do "poswiecenia" do swiatyni. W okalajacym ja parku bylo kilkudziesieciu mezczyzn. Oni wszyscy bawili sie z dziecmi. Byly hustawki, karuzele, a w okol nich dziesiatki dzieci smiejacych, tylacych i bawiacych sie z ojcami. Bardzo ciekawe zjawisko!

Powrot to obowiazkowo zaliczony lunch w "przydroznej" knajpce, ktora okazala sie glownym, albo jedynym miejscem do ktorego przywozi sie turystow. Bylo smacznie, ale mamy podejrzenia, ze wszyscy kierowcy sa "na prowizji". Wracajac do Ubudu widzielismy jeszcze dwa jeziora oddzielone od siebie niewielkim skrawkiem ladu, ktore wygladaly zupelnie jak nasze jeziora polodocowe. Byla pewne roznica. Temperatura powietrza i setki malp na drodze, ktore zaczepialy turystow, lub wrecz atakowaly w poszukiwaniu pozywienia. Nam sie udalo! Przezylismy!

Pytanie 9
Kto sie uwaza za redaktora prowadzacego?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

Ubud – Chcielismy ekologicznie, to mamy ekologicznie!

Ubud – Chcielismy ekologicznie, to mamy ekologicznie!
Chcielismy ekologicznie, wiec sie doigralismy! Tak moglbym skonczyc wlasciwa opowiesc o Ubudzie. Wieczorem, jak przyjechalismy na miejsce, do naszej wioski, to sobie pomyslelismy, ze jest swietnie. To tak na poczatku, po o kilku minutach lekko sie wystraszylismy. Dokladnie przyjrzelismy sie naszemu otoczeniu. Bylo ciemno, wiec do konca nie bylo wszystkiego widac. Ale. No wlasnie, ale, przed nami roztoczyl sie widok pola ryzowego. Zaczelismy dostrzegac halas. A wlasciwie odglosy wioski, a przede wszystkim pol. Nie tylko jakies tam ujadanie psow, ale takze gra chrzaszczy, moze nawet „spiew” ptakow. Temu wszystkiemu towarzysza dzwieki splywajacej wody zlicznych malych fontann, czy tez strumykow. Szum bardzo kojacy. Tak pomyslelismy sobie na poczatek. Po kilku minutach okazalo sie, ze dom, ktory wynajelismy nie jest w ogole zamykany. Nam europejczykom, trudno to sobie wyobrazic, ale dom jest po prostu caly otwarty. I nie tylko nie ma tutaj typowych drzwi, ale tez dlatego, ze nie ma typowych scian. Sciany to glownie maty lub tez piekie wijace sie zaslony z batiku. Jedynym pomieszczeniem, ale tylko zamknietym z 3 stron, jest nasza sypilania. Wiatr hula nam po calym domu. Nawet lazienka z kamienna wanna jest na swiezym powietrzu! Prysznic pod palmami dla kazdego!
Rano obudzil nas glos dziewczyny. Breakfast mister, zawolala. Okazalo sie, ze sniadanie nie podawane jest dla wszystkich mieszkancow eco-wioski we wspolnym miejscu. Pani (mloda kucharka) dla kazdego domu szykuje indywidulane sniadanie. Dosc skromne, ale ze swiezych skladnikow, glownie owocow i jajek. Zrobilo to na nas spore wrazenie. Miejsce, w ktorym mieszkamy zostalo zalozone przez pare archiektow. On Amerykanin, ona Argentynka. Kilka lat temu wymyslili sobie, ze w roznych miejscach w Indonezji wybuduja osiedla, ktore turystom dadza bliski kontakt z natura, w naszym przypadku mieszkamy doslowmnie na brzegu pola ryzowego, natomiast lokalnej spolecznosci prace. Wyglada na to, ze system dziala, bo wszystkie domy sa zajete. Obsluge stanowia mieszkancy naszej wioski Lodtunduh. Czujemy sie tutaj bezpiecznie, a przed naszym “salonem” przechodza dziesiatki osob, ktore pracuja na okolicznych polach. Widok na poczatku lekko surrealistyczny, ale juz sie do niego przyzwyczailismy. To mile, jak co kilka minut, ktos zyczliwie sie do nas usmiecha lub z daleka wola hello mister.
Nasyceni zdrowa zywnoscia, zjednoczeni z ludnoscia wioski wyruszylismy do miasta. Pieszo. Pewnie z 6 km w silnym zarze. Nie bylo latwo, tym bardziej, ze po drodze mielismy maly wypadek I Magda skrecila noge. Jest dobrze, ale wygladalo powaznie. Nic oprocz opuchlizny I siniakow nie stwierdzono. Na szczescie!
Jak dotarlismy do Ubud, to oboje pomyslelismy sobie, ze o „taka” Indonezje nam chodzilo. Zobaczylismy setki malych galerii sztuki, dziesiatki fenomenalnych knajpek. Oczywiscie, sa tutaj sklepy z tzw. tandeta dla turystow, ale przewazaja takie, ktore pewnie w Europie, uwazane bylyby za „stylowe”. Sami zaczelismy sie zastanawiac, co jest przyczyna tego, ze nawet w Trojmiescie, brakuje restauracji, barow, czy po prostu knajpek, ktore mialy by swoj inny, niepowtarzalny styl, a jedzenie nie smakowaloby tak samo?



Zauroczeni Ubudem postanowilismy nie tylko zatrzymywac sie zeby cos zjesc, przegrysc, podjesc, napic sie, odswiezyc sie, ochlonac, ale takze zobaczyc kulture. Juz w Prambanan widzielismy typowy taniec, czyli spektakl o milosci, slynna historie Ramayana. Tutaj nie spodziewalismy sie rzeczy nadzwyczajnych. A jednak! Tzw. show w Pura Saraswati byl urzekajacy. Przez ponad godzine siedzielismy wpatrzeni i zauroczeni tancami balijskimi. Caly czas zastanawialismy sie tylko jak to jest mozliwe, zeby tancerze z taka latwoscia potrafili oddac charakter odgrywanych prze siepie postaci (ptakow, lwow, wojownikow). Bylo stylowo, bo to wszystko odbywalo sie w otoczeniu jednej z setek malych swiatyn hinduistycznych w Ubudzie. Nie bede narzekac. Staram sie byc tolerancyjny, ale para dwoch panow niezle zaszla za skore Magdusi. Jako jedyna zwrocila im uwage i to w dosadny sposob. Co panowie robili? Wlasciwie nic takiego. Po prostu dokumentowali show. Jak? Przy pomocy 3 kamer HD, 3 aparatow fotograficznych, 2 statywow, jednego przenosnego ramienia/wysiegnika na kamere, 4 roznych obiektywow. Lazili, gadali, chrzakali, przesuwali krzesla, wychylali sie. Po prosu marudzili! Wzdudzili smiech i zainteresowanie innych ogladajacych. Na koniec przedstawienia omal nie zapytalem sie, czy w ogole cos widzieli.
Dalem sobie spokoj, bo pierwszy wieczor w Ubud byl na prawde fantastyczy!



Pytanie 8
Podaj jeden z rodzajow typowego tanca balijskiego.
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

poniedziałek, 28 września 2009

Wulkan Bromo - Grozby karalne

Dotarlismy do Surabaya. O tym juz pisalem. To jest nasze miejsce wypadowe do Bromo, czyli jednego z najpiekniejszych, jeszcze aktywnych wulkanow na Jawie. Zanim to jednak nastapilo odbylem kilka znaczacych rozmow z Mr.Yoyok z biura podrozy, ktore znalezlismy w internecie. Nie pamietam ile razy "on" dzwonil do nas lub ja dzownilem do "niego". Grunt, ze bylo lekkie niebezpieczenstwo, ze zostaniemy "wystawieni do wiatru". Sobota i niedziela to ostatnie dni swieta muzulmanow, tak wiec, albo biura podrozy nie pracuja, albo tez jak pracuja to na haslo: Mt.Bromo, bez jakiegolowiek sprawdzania mowia: no place Mister, no place Mister. Podobnie twierdzil Mr.Yoyok.Mowil,ze wszystko jest zajete i zabukowane, i ze koniecznie musimy mieszkac, tam gdzie nam wybral. A tam nam sie nie podobalo. Nie dosc, ze hostel nie mial swojej strony internetowej,co wydalo nam sie moco podejrzane, to jeszcze na niemieckiej stronie znalazlem informacje, ze jedna noc to o jedna noc za dlugo w tym miejscu. Przerazeni opcja mieszkania w niegodnych warunkach, zmusilismy Yoyoka do rezerwacji w innym miejscu.
I sie udalo! Teraz tylko kilka godzin oczekiwania, czy Mr.Yoyok to Mr.Yoyok, i czy w ogole to biuro turystyczne istnieje. A jesli tak, to czy przypadkiem nie wezmie od nas pieniedzy i za rogiem nas porzuci! Czytalismy kilka razy o kierowcach porzucajacych turystow:)na Jawie. Ulga. Ulga nastapila w momencie gdy Mr.Yoyok, juz ze swoimi pracownikami, przyjechal po na. Mr.Yoyok, delikatnie rzecz ujmujac, nie grzeszyl uroda. Ale za to byl mily. Po wplaceniu pieniedzy za wycieczke dostalismy w promocji dwie "pienkne" koszuli z wulkanem Bromo. Przydaly sie,przydaly!

3 godziny jazdy jak w Formula1 i dolechalismy do malej wioski Tosari,mijajac pewnie kilkadziesiat innych, po przezyciu kilkudziesieciu zakretow. Miejsce okazalo sie UROKLIWE! Dotarlismy tam juz ok 15:00, szybko zjedlismy cudowne ananasy i banany w ciescie na wysokosci ok.1900mnp i udalismy sie z naszymi kijkami do nordic walking, pozdrowienia dla klubowiczow, do wsi. Bylismy jedynymi,ktorzy odwarzyli sie wyjsc z tegohotelu :( a szkoda! W ogole w Azji nie boimy sie takich miejsc, bo ludzie tutaj sa dla nas nadzwyczaj zyczliwi. I znow cala wies pozdrawiala nas okrzykami hello lub hello mister:) (takze do Magdusi). Dzieci ogladaly nasze kijki, a dorosli pytali sie co to jest. Troche sie na poczatku tez smielismy, ze bedac w Indonezji widzimy ludzi w kurtkach puchowych, ale musimy przyznac, ze na tej wysokosci po zachodzie slonca jest zimno. I zimno bylo.

Pobudka o 3:30, na urlopie, nie robi juz na nas wrazenia. Poranna goraca herbatka i jeden z naszych przewodnikow (w gory przywiozl nas kierowca Formuly1 i przewodnik, ktoremu balismy sie zadac pytanie, bo odpowiadal 10 minut i tak niczego nie moglismy zrozumiec)zabral nas z drugim kierowca jeepem na kolejne ponad 2300mnpm. A tam, najpierw zobaczylismy tlum, tlum, ogrom, setki Indonezyjczykow, ktorzy tak jak my przyjechali tutaj zobaczyc wschod slonca. A widok byl warty tego calego zachodu.

Mniej wiecej o 04:30 przed naszymi oczami ukazaly sie 3 stozki wulkanow w kalderze Tengger, czyli zaglebieniu po starym wulkanie. Najwyzszy to Semeru (3676), potem Batok, a na koncu Bromo (2581mnpm). Niby najmniejszy, ale to z niego wydobywaly sie spore opary. Widac, ze jest aktywny, i pewnie moze byc niebezpieczny. Krajobraz byl nieziemski. Troche przypominal mi Islandie. Byla pewna roznica: temperatura powietrza (mimo wszysko) i zielen nie tylko na wulkanach, ale takze w okolo. Widok zapieral dech w piersiach. Wiekszosc Indonezyjczykow biegala i robila sobie zdjecia telefonami komorkowymi. My cierpliwie czekalismy na najlepsze ujecia i dosc dlugo delektowalismy sie tym widokiem. Nam najpiekniejszy wydawal sie Batok. To byla latwa czesc poranka czekala nas trudniejsza.

Nasi kierowcy nawet zartowali, ze zabieraja nas na trase Paryz - Dakar. Chyba czylismy sie przez kilkanascie minut podobnie jak rajdowcy. Po zjezdzie z punktu widokowego pojechalismy wlasnie na kaldere. Tutaj nazywana Sand Sea. Pyl wulkaniczny byl niewyobrazalny. Wszystkie jeep-y, ku uciesze turystow przemieszczaly sie dosc gwaltownie pozostawiajac po sobie spore tumany kurzu. Teraz tylko lekki spacer, 250 schodkowi i mielismy zobaczyc krater Bromo.
Gdyby nie to, ze musielismy przeciskac sie miedzy turystami jadacymi na koniach (pod schody), lub szarzujacych na motocyklach te kilkaset metrow pod gore byloby to zupelnie przyjemne podejscie. Piasek wulkaniczny byly jednak nie do zniesienia. Trudno bylo zlapac odech nie tylko ze wzgledu na wysokosc, ale takze ze wzgledu na zatykajacy nos kurz!
Dotarlismy na gore. Z krateru wydobywaly sie mocnoduszace opary. Widok nie tylko na Bromo, ale przede wszystkim na Batok, wynagrodzil wszelkie trudy! Bromo zdobyte!

Dlaczego napisalem w tytule o grozbach karalych? Sprawa byla dosc prosta. Jak juz zaplacilismy Yoyokowi, a jeszcze nie widzielismy naszego jeep'a, to obiecalem mu, ze jesli okazaloby sie, ze jest cos nie tak z nasza wycieczka, to ja go znajde! I have friends, you know Mr.Yoyok. Mr.Yoyok, jak sie dowiedzial, ze pracuje dla jednej z firm logistycznych to co 2h wysylal sms-a z zapytaniem, czy wszystko jest w porzadku. Pytal takze, czy nam sie podobowalo. Mam 6 sms od niego na dowod wspanialego customer service.
Czy nam sie podobalo? Zdjecia mowia same za siebie.


Po poludniu dolecielismy na Bali. Oj bedzie co pisac, bedzie!

Pytanie 7
W jakim biurze podrozy pracuje Yoyok? Jest to pytanie dla "sprytnych". Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

piątek, 25 września 2009

Surabaya - Napad na bank!

Wlasciwie pisze dzisiaj tylko tak dla porzadku i samodyscypliny. Wypada takze odezwac sie, bo dostajemy na prawde duzo e-maili od osob nam towarzyszacych, za co bardzo dziekujemy!

Niestety, niewiele moge napisac o tym co sie dzisiaj zdarzylo. W planie bylo tylko poranne zwiedzanie Borobudur-u i transfer na lotnsko w Jogja. Niestety nie udalo nam sie zwlec z lozka o 4:30, postanwilismy nabrac sil przed nasza wycieczka na Mt. Bromo. Zdobywanie wulkanu mamy w planie w niedziele w nocy. Musimy przyznac, ze Borobudur zrobil na nas duze wrazenie i jeszcze raz potwierdzic, ze mimo tego, ze warunki w hotelu nie byly jakies super luksusowe. Samo miejsce rekompensowalo, i to w 100%, drobne niedogodnosci (a to tam takie, eeee nic wielkiego... tam nie bede sie wymadrzac... no dobrze, powiem - brak wody w czasie kapieli:)). Tylko Magda poszla na ostania sesje fotograficzna w tlumie kilunastu tysiecy. Zgodzila sie na kilka osobnych sesji fotograficznych op d warunkiem, ze tubylcy znikna z pola zdjecia. I takim sposobem wynegocjowala piekne widoki, w pelnym sloncu bez zadnej postaci! Niezle:)

Na lotnsku znalezlismy sie odpowiednio wczesniej przed odlotem. Boeing BataviaAir mialo odleciec o czasie, ale lekko sie spoznil. W sumie lekki brud w samolocie (nie to co AirAsia), ale za to otrzymalismy wode mineralna i malego donut'a. Obsluga byla glownie skonecentrowana na sprzedazy roznych gadgetow BataviaAir np. zawieszek do kluczy, lub tez torebek na pieniadze :(
Nie opisywalismy wczesniej, jak ludnosc Azji podrozuje takimi autobusami (no bo tak wlasnie nazywane sa tutaj samoloty). W podrozy bierze udzial, lub sobie towarzyszy na wzjame, mniej wiecej 6 osob (ale widzielismy i rodzinki kilunastoosobowe. Kazda z tych osob ma jakis pakunek. Wiekszy lub mniejszy. Tak jak u nas nadal popularne sa reklamowki, tak tutaj ulubionym sposobem transportowania rzeczy jest karton, kartonik, pudelko, worek lub ewentualnie "oryginalna" walizka Samsonite. Po niej doskonale widac, ze juz wiele podrozy odbyla. Pasazerowie chcacy odprawic sie na samolot, czekaja, tak jak w Euopie, w kolejce do check in-u. Poniewaz pakunki czesto sa na prawde ogromne, zdarza sie, ze nie widac pasazera zza takiego wozka z bagazami. Wiadomo dlaczego. Tutaj nalezymy oboje do wysokich:)
Sa jednak tzw. podrozni cwaniacy. Takich juz wczesniej wyczailismy w Chinach. Na tzw. glupa wciskaja sie w kolejke. No, ale nie przed nami! Mamy juz opracowany sposob na tzw. obcokrajowca. Stosuje go Magdusia (czesciej)albo ja. Podchodzimy do takiego cwaniaczka (co to niby przytulil sie tylko) i dosc zdecydowanym ruchem pokazujemy gdzie jego miejsce. Nie to zebysmy sie szarpali! Pelna kultura! Zawsze zaczynamy o slow: hello Mister, bo to sa zawsze lekko agresywni faceci. Tym razem tego nie zastosowalismy, bo nam sie nie chcialo. Ale jak za 2 dni, ktos bedzie probowac z nami tej sztuczki, to sie nie damy, i ewentualnie opiszemy nasz pobyt na lokalnej policji.
Pasazerowie w Azji, wlasciwie nie sluchaja komunikatow bezpieczenstaw w samolocie, bo ich sie nie da. Stewardesy nadaja z jeszcze wieksza predkoscia niz w LOT, wiec i tak nikt niczego nie "jarzy". Jak mowia po angielsku to tez tego nie da sie zrozumiec, ale musze przyznac, ze zawsze ogladamy pokaz bezpieczenstwa - bo sa rozne, oj rozne! Najwazniejsze jest jednak aby poderwac sie z miejsca i zaczac wyciagac bagaze (t wczesniej opisane kartoniki) juz w 2 sekundy po wyladowaniu samolotu, ale jeszcze ok 10 minut przed jego zatrzymaniem. Opanowalismy te technike, wiec juz sie boje co bedzie na lotnsku we Frankfurcie jak wyladujemy w pazdzierniku. Znajac jednak stewardesy z Lufthans-y, nie bede mial nawet szansy odpiac pasow bezpieczenstwa.
Jestesmy juz w terminalu na Surabaya. Nic specjalnego, inne lotnska sa znacznie bardziej imponujace. Ok, w porownaniu z Jogja, to byl wielki swiat. Tam nawet nie bylo przy gate informacji o boardingu na tablicy elektronicznej, tylko stal sobie "stojaczek" i bylo na nim napisane SUB. To sie wtedy domyslilem, ze to Surabaya. Na miejscu wygladalo "swiatowo" ale, do momentu, kiedy pasazerowie z mniej wiecej 5 samolotow zaczeli rzucac sie na swoje bagaze. Ja sie nie mialem na co rzucac, bo nasze 2 plecaki wylechaly z sortowni chyba ostatnie. Jeszcze tylko zostalismy zatrzymani przez pracownikow linii lotniczej, ktorzy ku swoje uciesze (glownie), ze bagaz dolecial, wyrwali nam kwitki bagazowe. Uff, teraz wymieniamy nasze kochane dolary, bo to nie jest latwa sprawa, powiedzialem do Magdy.

Nie bylo latwo, oj nie bylo! Przeszlismy pewnie z 600m, cala dlugosc lotniska w poszukiwaniu money changer'a, czyli banku lub kantoru. W jednym zaoferowali taki kurs, ze myslalem, ze pana rozszarpie, w innym natomiast zbylem pana tubalnym smiechem. Zapytalem jednak grzecznie, czy gdzie tutaj jest bank. Zapytalem 2, potem kolejne 2 , potem juz 6 osob. 11 powiedziala, ze tak, ale w innym terminalu. Wreszcie znalazlem bank! Hello Madamme, zagadalem z brytyjskim akcentem (bo to wbudza respekt, i tak mnie nikt tutaj nie rozumie). A na to Madamme, powiedziala we are closed, i zatrzasnela mi drzwi przed nosem. Cos tam powiedzialem, czyms tam wymachnalem. Nic to nie pomoglo.
Zdesperowany poszedlem kupic voucher na taxi. A to akurat fajny i sensowny system - bo z gory juz wiedzielismy ile bedzie trwala podroz do hotelu i za jaka cene! Bez przepychanek, i bezsensowych dyskusji z taksowkarzem.

W tzw. miedzyczasie Magdusia napadla na bank! I to doslownie! No prawie napadla na bank, a miala na prawde dogodna sytuacje. Mam zone kreatywna. Jak ja tam po cichu kupowalem vouchery, Magdusia zauwazyla, ze kolo jednego (z licznych!!!!) zamknietych bankow, a raczej jego bankomatu, kreci sie obsluga. Panowie wyjmowali pieniadze do workow, siatek. Oj bylo tego sporo i to w dodatku bez zadnej dodatkowej ochrony. Sytuacja byla dogodna, zeby obrabowac bank. Zwyciezyla jednak uczciowosc! Zagadala do jednego pana, ten okazal sie lekko asertywny, pozniej do drugiego. Ten juz byl mniej asertywny. Udalo sie! Udalo nam sie wymienic dolary na rupie indonezyjskie, mimo tego, ze bank byl juz oficjalnie zamkniety od 15 minut! Wpuscili nas do srodka banku, jak juz czesc pracownikow wyszla. Pan od money changer'a mial jescze kopertke z dolarami, wiec jescze mus sie chcialo poracowac. Nie bylo jednak tak prosto, bo jak wyjalem banknot, to "on" tzw. zielony nie do konca sie panu spodobal. Wyjalem nastepny, ten wygladal zupelnie jak z drukarki! Byl lepszy:) Mamy gotowke! Na 2 dni pewnie, wiec musi wystarczyc.

Jutro wyruszamy na Mt.Bromo, nie bedziemy mieli mozliwosci blogowania. Odezwiemy sie juz z Ubud na Bali w niedziele.

Pytanie 6
Ile zlotowek dostane za 1,000,000 rupii indonezyjskich.
Odpowiedz prosimy przeslac na korzewscy@gmail.com, podajac adres do korespondencji. Wsrod wszystkich osob, ktore odpowiedza na to pytanie wylosujemy jedna, ktora otrzyma od nas pocztowke z Indonezji. Kto to bedzie? Dowie sie po jej otrzymaniu!

czwartek, 24 września 2009

Borobudur - Usmiech za usmiech


Ale to byl fantastyczny dzien! Nie bede sie powtarzac, ze znow wstalismy sporo przed switem. Tym razem recepcja hotelu w Borobudur zadzwonila do nas punktualnie o 03:58! Czad! W ciagu kolejnych 20 minut zdarzylismy przygotowac sie na nasza kolejna atrakcje, czyli ogladanie wschodu slonca w siatyni Borobudur! Poniewaz mieszkamy juz na terenie parku przylegajacego do Boroboduru stwierdzilismy, ze byloby grzechem nie skorzystac z takiej okazji. Oj, ale pewnie nie wszycy wiedza co to jest Borobudur. To kolejny z zabytkow Azji Poludniowo-Wschodniej, ktory kazdy turysta przebywajacy wlasnie w tym rejonie musi zobaczyc. To jest ogromna budowla, wlasciwie swiatynia jawajskiego buddyzmu , ktora zostala zbudowana na poczatku IXw. Sklada sie z szesciu czworokatnych tarasow i zwienczona jest 3 ogromnymi - ale juz okraglymi.

Hinduizm zostal "wygnany" na Bali, wiec dopiero w XIXw. dzieki gubernatorowi Raffles (oj znany byl znany w tej czesci swiata, i nie tylko) zostala odbudowana. Na najwyzszych tarasach (tych okraglych) umieszczona ponad 70 rzezb Buddy, ktore zostaly jakby zamkniete w azurowych stupach. Na nizszych tarasach (dla nas ciekawszych) znajduje sie tysiace plaskorzezb, a kazde z nich opowiada jakas historie lub przekazuje nauki budduzmu. Mamy ogromny sentyment do tego typu plaskorzezb po Angkor... dlatego fakt, ze udalo nam sie je latwo zlokalizowac byla na prawde dla nas wazny! Sam wschod slonca okazal sie jednak lekkim niewypalem, a to dlatego, ze bylo tyle chmur, ze wlasciwie nikt (z niewielkiej grupy) nie zauwazycl, ze slonce wlasciwie juz sobie wstalo. Mimo tego blogoslawie moment, w ktorym zdecydowalismy sie na te nocna eskapade. To co zobaczylismy kilka godzin pozniej, z naszej restauracji gdzie jedlismy sobie sniadanie, przerazilo nas! dziesiatki tysiecy Indonezyjczykow wspinalo sie na te fascynujaca budowle. Ale niestety zypelnie bez jej poszanowania. To zreszta widzielismy nad ranem, kiedy bylo nas tam pewnie ze 20 osob. Autochtoni, nie tylko zadeptaja te swiatynie, ale takze pozostawia ja w niesamowitym brudzie. Tak jak uwazamy, ze Indonezja jest czystym kraje, bo to doskonale widac wszedzie, tak niestety tutaj widzielismy sterty butelek, papierow, kartonikow walajacych sie po tych wspanialych tarasach.


Przerazil nas takze brak szacunku do tego arcydziela. Moja poranna uwaga do jednego z "naszych turystow", zeby moze jednak nie wchodzic na stupy, bo maja przeciez 1000 lat, i fajnie gdyby sobie inni tez mogli poogladac, juz wieczoram zostalaby potraktowana ze sporym usmiechem. Jutro planujemy zobaczyc jeszcze raz, takze rano niektore z tarasow! Nie moge sie tego doczekac!


I znow nas zmoglo! czlowiek sie jednak starzeje i swoje musi odespac. Po porannej wycieczce, kolejnej drzemce i sniadamiu wyruszylismy w miasto. Znow wzbudzilismy spore zaiteresowanie lokalnej ludnosci. Poszlismy w poszukiwaniu banku, no bo fajnie jest czasami miec gotowke. Przed wejsciem do jednego z nich uklonil sie nam jeden straznik, a potem drugi. Wezwano dyrektowa banku, pozniej jakiegos kierownika, a na koniec kasjera. ten jednak zanim odpowiedzial na moje pytanie: change money here, mister?, wypytal mnie ile mamy do wymiany i skad przybilsimy do Indonezji. Nakoniec oznajmil, ze oni to wlasciwie sa bankiem lokalnym i pieniedzy nie wymieniaja. Zasugerowal jednak, zebysmy udali sie do ticket office do Borobudur i tam na pewna z przyjemnoscia nam pomoga! Juz sie ucieszylismy, ze sprawe zalatwimy wreszcie "po europejsku". No ale na drodze stanal nam sliczny, stylowy hotel gdzie musielismy sie czegos napic. No i sie napilismy, w miedzy czasie zostalismy sprawdzeni przez security etc. W "ticket office for foreign visitors" nie dalo sie wymienic kaski. Ale zaraz zarowno pan z security, jak i przewodnik wykonali serie telefonow do tzw. cinkciarzy. Ci jednak oferowali tak niski kurs, ze stamtad zwialismy. Obawlaismy sie, ze moglismy zrobic cos nielegalnego.
Popoludnie okazalo sie strzalem w dziesiatke! recepcjonista polecil nam wycieczke bryczka po okolicy! Znow wzbudzilismy zainteresowanie, tym razem uczestnikow ruchu drogowego. Wszyscy oferowali nam usmiech za usmiech! Nie bylo kierowcy, pasazera, ktory w czasie tej 2 godzinnej przejazdzki nie zaczepilby nas, pozdrowil lub po prostu usmiechnal sie do nas! Pasazerowie vanow, zwyklych samochodw lub nawet autobusow otwoerali okna i krzyczeli: hello mister? where are you from? Woznica obwiozl nas po okolicy. Pojechalismy wiec do malej fabryczki, ktora zarezentowal nam na poczatku jako fabryke produkujaca materialy budowlane. Pokazal na stojace przed domem dachowki i nie omieszkal wytlumaczyc, ze zobaczymy ich produkcje. W pomieszczeniu bylo dosc ciemno, ale widac bylo 2 rozne piece lub tez ogniska. Skomentowalem to nawet do Magdy, ze ... mamy doczynienia z pelna ekologia. Lekko dziwne jednak wydalo mi sie, ze "dachowki" maja byc produkowane z "peanuts", jak to powiedzial nas przewodnik. Peanuts okazaly sie soja, a fabryka dachowek po prostu manufaktura tofu. na szczescie smacznego!

Mielismy jeszcze kilka fajnych przystankow w czasie tego objazu. Nie tylko ogladalismy widoki, ale takze zobaczylismy jak rosna chilli, papaya, baklazany, mango i inne owoce jakie daje tutejsz ziemia. Poletka ryzu byly niewielkie. Widac, ze ziemia jest w niektorych tylko miejscach uprawiana i zyzna. Rolnicy bardzo ciezko pracuja, zeby uprawy sie udaly. Ostatnim miejscem do ktorego nas zawieziono to swiatynia Mendut. Takla niepozorna. Pozory jednak myla. Wewnatrz niej znajduje sie 3m wysokosci rzezba przedstawiajaca Budde i jego 2 uczniow. Moze nic w tym nie byloby nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze budda siedzi z obiema stopami na ziemi. Chyba nigdy dotychczas nie widzielismy takiej rzezby. zazwyczaj Budda siedzi w pozycji kwiat lotosu. Mowi sie, ze miala byc to jedna z najwazniejszych rzezb w Borobudur, ale niestety nie udalo sie jej tam wciagnac. Moze i dobrze ze zoatala w Mendut! Tam tez natknelismy sie na bardzo sympatycznego straznika, ktory zachecil nas po zapalenia kadzidelka. Powiedzial tylko: long life mister, long life!




Pytanie nr 5
Jaka religia wyparla hinduizm na Javie?

Odpowiedz z podaniem adresu do korespondencji prosimy wysylac na mail korzewscy@gmai.com. Zwyciezca konkursu nr 5 zostanie wybrany przez jury w skladzie - autorzy i otrzyma pocztowke.

Prambanan i Dieng - W poszukiwaniu bananow

Poranna kanapka z tunczykiem dala nam duzo energii i jak sie potem okazalo ocalila nam nawet zycie. O osmej rano bylismy juz w Prambanan (tak jak sobie obiecalismy). Dzien wczesniej obejzane przedstaiwnie zachecila nas do bardziej szczegolwej esploracji tego miejsca.



Zacheceni przez Mr.Ferry do odwiedzenia tzw.visitor centre kupilismy bilety. To nic, ze na reklamie napisane bylo 6$, a nam sprzedano je za 11$. Mily pan z security wyjasnil nam , w sumie dosc racjonalnie, ze nie mowimy mawet pomalajsku, wiec uznaja ze jestesmy turystami. Fakt, ze mam czarne wlosy i jestem ciemny (na swoim wysokim czole) nie ma tutaj nic do tego. Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny położony ok 45 minut szybkiej jazdy od Yogyakarty.Wpisany jako 642 zabytek na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 3 dumnie stojace swiatynie - kazda pewnie ok 50m wysokosci zostaly dosc mocno uszkodzone w czasie trzesienia ziemi w 2006 roku. Widac to dosc dokladnie,poniewaz trwaja tam jeszcze prace przy rekonstrukcji. Swiatynie Shiva, Brahma i Vishnu dominuja nad calym Prambanan. Kazda z nich sklada sie z jednej wiekszej "komnaty"/"swiatyni" i pozostalych 3-4 ktore ja otaczaja. Sprawa jest powazna, poniewaz te swiatynie zostaly zbudowane ok 850 roku - kazda z nich zawiera jakas tejamnice, legende. Swiatynie pokryte sa licznymi plaskorzezbami, co wyglada na prawde imponujaco.

Juz mniej imponujaco wygladala Myszka Miki w parku przylegajacym do calego kompleksu. Po zwiedzaniu 3 swiatyn postanowilismy, jak inni lokalni turysci przejechac sie "pociagiem" - tak aby zobaczyc jescze kilka innych candi (swiatyn), ktore byly w dosc duzej odleglosci. Nie chcialo nam sie spacerowac (bo byla dopiero 9 rano) - tak wiec poslusznie poczekalismy na pociag. Ku uciesze wszystkich zebranych przywitala nas Myszka Miki. Matko Boska, wspolczuje temu panu, ktory paradowal w pelnym stroju!




Teraz wlasciwie powinienem rozpoczac opis filmu tzw. drogi. Magdusia wpadla na pomysl, ze jak jestesmy juz "tak blisko" (to byl cytat) to powinnismy pojechac do Dieng. To tylko 2-3 godziny jazdy maksimum, powiedzial Mr.Ferry. Nie wiem, gdzie Mr.ferry kupowal swoj zegarek, ale na pewno nie byl to zegarek legalny. 2,5 godziny uroslo do 6 godzin. Ale musze przyznac, ze bylo na prawde fajnie. Nie tylko ze przejechalismy kawalek Jawy, ale takze zaprzyjaznilismy sie z wieloma innymi podrozujacymi (glownie na skuterkach) ktory z czestotliwoscia co 20 sekund pozdrawiali nas. Glownie krzyczeli: hello Mister! No to ja tez sobie pokrzyczalem... i wszyscy mielismy na prawde spory ubaw... przez 6 godzin.

Do tego doszlo takze to, z czego jestesmy bardzo zadowoleni, ze stracilismy na wadze. No nie dlatego, ze uprawiamy tutaj jakies sporty - ale tak po prostu glodujemy! Jakos od 3 dni nie udalo nam sie zjesc pozadnie, i na pradwe juz kilka razy stwierdzilismy ze jestesmy moco glodni. W innych krajach, jakos nie obawialismy sie jesc na ulicy. Tutaj tego leku jescze do konca nie przelamalismy. Na szczescie po 2 godzinach prosb do Mr.Ferry zebysmy moze kupili jakies banany, albo inne owoce, udalo nam sie zatrzymac jego maszyne. Podeszlismy do sprzedawcow bananow, ale kolega (sprzedawca) powiedzial, ze nie sprzeda nam 4 bananow. Jak chcemy to mozemy kupic ogromna kisc. Nie przesadzamy , bylo to pewnie z 10kg bananow. W dodatku wygladaly dosc podejrzanie. Byly ogromne, a my wolimy takie tycie, slodkie...miod w gebie. Takich nie ma w Europie. Po dlugich negocjacjach (o moja ignorancjo!) okazalo sie, ze sa to banany typowe do kuchni tutejszej ( a nie do konsumpcji bezposredniej!).

Jadac do Dijeng czulismy ze Mr.Ferry nie jest jakims fanem tej trasy. Magdusia zagadywala pana dosc intensywnie, by po okolo 5 godzinach jazdy okryc, ze pan ma nosi na sobie slady traumy. I to powaznej. Ujawnil ja dopiero na wysokosci ok.2000 mnpm, gdzie oznajmil nam, ze wlasnie stoimy w kolejce na most, ktory jest ostatnia przeszkoda (ok 7km) przed Dijeng. Problem polegal na tym, ze nie bylo juz powrotu. Droga waska (bardzo waska). Ruch wahadlowy. Most szerokosci 1 sredniego samochodu. Setki mnotorynek, ktore chca sie przecisnac przed samochodami. Most DREWNIANY. Nakrecilem fim z tego mostu. No teraz to ja sie nie dzwie dlaczego Mr.Ferry mial traume. Pewnie wiele samochodow spadlo stamtad. Nam, po odplaceniu myta, sie udalo. Co ciekawe w jedna strone myto bylo 5 razy wieksze niz w druga...bo pan, nazwijmy go poborca podatkowy, nie mial czasu wydac reszty. Na taka operacje ma min.3 sekundy!


Dojechalismy do Dieng. I bylo czadowo! Z kilku powodow. Po pierwsze, bylo pewnie kilkadziesiat tysiecy muzulman, ktory w tym samym czasie mieli ochote zobaczyc to co i my. Po drugie naszemu spacerowi, w lekkim scisku, towarzyszyla czadowa, mocno bitowa, elektryzujaca, rytmiczna i dynamiczna muzyka wykonywana nie tylko na tradycyjnych instrumentach, ale takze z uzyciem tego co bylo. Czyli pojemnikow po jakims paliwie. Idelanie nadawala by sie do jednego z namiotow na Openair!

A co to jest Dieng? To poprostu duzy plaskowyz ( w okolicach miejscowosci Wonosobo)na wysokosci ponad 2000 mnpm, znany z tego, ze znajduje sie na nim wiele kraterow a wnich buzujace jeziora wulkaniczne. Wszedzie znajdowaly sie ostrzezenia o niebezpieczenstwie (glowie trupie czaszki!). No bylo lekko przerazajaco (bo z kraterow unosil sie silny dym, opary i mocno buzowalo), a zdrugiej strony przyjemnie (bo odzyly wspomnienia Magdusi z Tarnobrzega!). Widok, zapach, kolory byly bardzo intensywne. Nam sie podobalo, i stwierdzilismy, ze warto bylo jechac tyle kilometrow. No jasne, ze warto! Okazalo sie, ze zostalismy gwiazdami. I to w roznych ukladach... Dziesiatki osob zaczepialo nas i chceli sobie zrobic z nami zdjecia! No nie odmawialismy. To bylo nasze 5 minut. Ok., w lekko dziwnym miejscu, ale zawsze 5 minut!

Zapamietamy to miejsce takze z innego powodu. Wreszcie udalo nam sie kupic takie banany jakie lubimy! To co, ze 5 kg! Zawsze to jakies pozywienie na kolejne 2 dni, gdyby okazalo sie, ze znow glodujemy!


Pytanie 4
Opary jakiego pierwiastka unosiy sie nad jeziorem wulkanicznym na plateau Dieng? Pytanie wraz z adresem do korespondencji prosimy przeslac na korzewscy@gmail.com. Osoba, ktora jako piewrsza odpowie na to pytanie otrzyma od nas pocztowke z miejsca gdzie wlasnie bedziemy. To bedzie dla niej niespodzianka!

środa, 23 września 2009

Yogyakarta - Ale o co chodzi?

Pisze te relacje w kafejce internetowej w naszym hotelu. Nie byloby w tym niczego szczegolnego, gdyby nie to, ze ktos zmyslnie przewidzial, ze niektorzy turysci lubia sobie dlugo i za darmo posiedziec w Internecie. Dlatego tez,to jedno stanowisko nie ma krzeselka, a w dodatku jest ustawione tak wysoko, ze niezle sie trzeba natrudzic aby cos napisac.



przedwczoraj mielismy zbyt duzo sil. Wczoraj sie to na nas zemscilo. Budzik zadzwonil o 07:00. Tak jak to jest w zwyczaju w Azji, udalismy sie na sniadanie w pizamkach i klapeczkach. Nie wzbudzilismy tym niczyjego zaintersowania. Nie tylko dlatego, ze bylismy pierwsi, ale tez dlatego, ze pozaostali goscie naszego hoteliku przybli na sniadanie takze w chinskich odzieniach. Niektorzy widac, ze lubia swoje pizamki. I to bardzo. Niestety sniadania indonezyjskiego nie dalo sie zjesc. No jakos nie chcialo nam przejsc przez gardlo oferowane prazynki z krewetek, zupa z kurczaczkiem i ryzem, lub tez swiezo usmazona wolowinka. Postanowilismy isc na calosc, kuponiki przekazac na cel charytatywny. Z przekonaniem zamowilismy "tuna sandwich". Caly hotel postawilismy na bacznosc (sami sie postawili, bo mieli to w ofercie!). Wydawalo nam sie ze nie zamawialismy dodatkowo tostow z dzemem. One tez przybyly! Magda przestala narzekac na moje dzemy!



Po 08:00 rano rozpoczelismy negocjacje z Mr.Ferry na temat naszego transportu do Bromo (to juz za 2 dni) i dalej na Bali. Kolega Ferry, zaspiewal jednak taka kwote (chyba spodobala mu sie pizamka Magdusi), ze omal go nie pobilem. Mam przydomek "biuro podrozy" wiec kolejne 4 godziny spedzilismy rezerwujac, dzwoniac, pytajac i sprawdzajac wszystkie mozliwe opcje. Chodzilo o to eby sobie udowodnic ze Polak potrafi! I potrafi! Udalo mi sie nawet zarezerwowac telefonicznie bilety na loty z Jogja do Surabaya i z Surabaya do Denpasar! Mimo obchodzonego tutaj swieta znalezlismy biuro podrozy, ktore pomoze dostac sie nam na Bromo (wulkan), a i w Surabaya znalezlismy sensowny hotel. Pisze o tym wszystkim, bo mamy zasade ze wszystko zawsze mamy wczesniej zarezerwowane. Tym razem bylo podobnie, ale nie do konca. Nie wzielismy pod uwage tego, ze swieto, ktore wlasnie obchodza wszyscy na Jawie powoduje spore komplikacje. Niestety okazalo sie, ze nasze karty kredytowe nie dzialaja w sprzedazy przez telefon(brak autoryzacji)...postanowilismy(o naiwni!)szybko dojechac do 2 przedstwicielst linii lotniczych. Do Batavia.com wpadlismy o 13:55 a tam mila pani (ale o co chodzi???) powiedziala nam, ze pracuja do 14:00 i nas juz nie obsluzy. No to uzylem mojego akcentu i lekkiej stanowczosci (podobnej jak kilka dni temu we Frankfurcie)... wskazalem na napis Idulm Fitri 1430 H, twierdzac, ze pracuja do 14:30 i sie udalo! Zaplacilismy za jeden lot. W Garuda, bylo gorzej. Znacznie gorzej. Mieli ten sam napis, ale popatrzyli na mnie lekko dziwnie i z usmiechem jak wskazalem, ze ONI to jeszcze pracuja. Bylo napisane przeciez Idul Fitri 1430 H. Znow w glowie zaswitalo mi: ale o co chodzi???

Hmm, no tak. Jakby tutaj sie wytlumaczyc. I zeby nie wyszlo ze jestem lekko nie doinformowany... Juz wczoraj wydalo mi sie to dosc dziwne, ale zorientowalem sie, ze wszedzie, doslownie wszedzie wisza ogrome bannery z napisem: Selamat Hari Raya Idul Fitri 1430 h. Oznacza to nic innego jak: Szczesliwego swieta Idul Fitri (na zakonczenie Ramadanu) w roku 1430! No comments!

Popoludnie to juz tradycyjnie masaz stop. Ale tutaj, w porownaniu do innych krajow ten masaz to bardziej jest masaz nog (i posladkow). Fajnie, milo i przyjemnie...ale chce mi sie prawdziwej refleksologii. To pewnie dopiero na Bali. Przez te wszystkie "atrakacje" zwiazane z rezerwacjami omal nie spoznilismy sie na niezwykly balet w amfiteatrze w Prambanan (na tle swiatyn). Opowiedziano historie milosci miedzy ksiezniczka Shinta i ksieciem Rama,ktorzy mimo przeciwnosci losu i niesprzyjajacego otoczenia, dramatow (ona sie podpala, on nie wierzyl w jej czystosc!)mogli sie pokochac. Milosc, dzieki pomocy Boga Ognia, mogla zostac skonsumowana. Jadac na to przedstwienie Magdusia wynegocjowala, ze pan kierowaca "w razie co" odbierze nas wczesniej - bo moze nie wytrzymamy tych 2 godzin. Jak weszlismy do amfiteatru, zobaczylismy cudwonie oswietlone Prabanam zaniemowilismy! Juz wiedzielismy ze bedzie to niezwykle przezycie. I bylo. Mam nadzieje ze zdjecia ponizej to wlasnie pokazuja. Taniec - balet, na najwyzszym poziomie! Swiatla, stroje, muzyka pozwolily zanuzyc sie w swiat basni. Byl tylko jeden problem. W ostatniej chwili dotarlismy na miejsce. Wzialem tylko do reki streszczenie sztuki, ale nawet nie mialem szansy do niego zajzec. Podczas sztuki caly czas zastanawialem sie: ale o co chodzi? Historie przeczytalem dopiero dzisiaj rano. Dobro zlo zawsze zwyciezy!










Pytanie 3
Jakie sa 3 jezyki, ktorymi posluguja sie mieszkancy Jawy? Tym razem bedziemy premiowac 2 osobe od ktorej otrzymamy odpowiedz (wraz z dokladnym adresem do korespondencji) na adres korzewscy@gmail.com

Chceilibysmytakze podziekowac za otrzymane maile! Cenimy kreatywnosc, to nam sie bardzo podoba. Nie podajemy zwyciezcow, poniewaz chcemy aby kartka od nas byla niespodzianka. Nie mozemy takze sugerowac w odpowiedziach od nas czy taka kartke otrzymacie. Koniecznie umieszczajcie swoj adres domowy!