piątek, 4 listopada 2011

Leszek Balcerowicz i lekkie trzęsienie ziemi.


No tak mi się nie chcę dzisiaj pisać, że robiłem wszystko aby tego uniknąć. Przeglądnąłem nawet www.tvn24.pl i cieszę się, że nie muszę na żywo oglądać ponad 100 razy informacji o szczęśliwym lądowaniu na Okęciu, mgle w Gdańsku, frustracji żony kpt.Wrony, nowonarodzonym Ziobrze, sądzie kapturowym na czele z Karskim i Hoffmanem, Nergalu pozwanym przez Nowaka, fankach Biebera, które chcą ukatrupić matkę dziecka rzeczonego artysty (tak na Marginesie to w tym roku mogliśmy prawie oglądać go w największym shopping Mall w Manili tzw. Mall of Asia, ale jakoś nie skorzystaliśmy). Przeczytałem oczywiście o tragedii jaka dotknęła rozwodzącą się Kim Kardashian, ciąży pani Muchy i o tym, że Król nie ma czasu dla Żmudy-Trzebiatowskiej. Acha, dowiedziałem się także, że ten były premier Grecji Papandreu to jest właściwie Polakiem, bo pradziadek był Polakiem. Polak potrrrrrrafiiiii – jak mówi Antonio Banderas – doprowadzić do kryzysu w Europie.

Dobra, napiszę co tam u nas, bo żona mi jutro nie pozwoli zjeść świeżego mango. O, to byłaby straszna kara. Straszyła także, że odłączy mnie od statystyk bloga i nie będę wiedział, czy mnie ktoś w ogóle czyta. Widzę, że czytają, ale nie komentują za bardzo.

O 7:08 wybiegliśmy w podskokach z naszej chaty na polu ryżowym, (a propos, to spokojnie mógłbym mieć taką chatę na własność, ale brak mi jakiejś bogatej rodziny australijskiej, która chciałaby mi to zapisać w spadku), wskoczyliśmy do naszej bryczki w ciągu kilku minut znaleźliśmy się na targu.



Nie można nie zaliczyć takiego miejsca. Jakbym tak przeglądnął nasze wszystkie blogi, to pewnie w każdym z nich coś na temat targu jest. Bo w Ubud targ, to tak jak „hala targowa” w Gdyni, czyli tradycja pomieszana z teraźniejszością. Podobieństw jest kilka. Po pierwsze sprzedaje się owoce. U nas i tutaj lokalne. Podejrzewam, że jak przyjeżdżają Indonezyjczycy ze statków cumujących w porcie, to też biegają i oglądają nasze jabłka, śliwki, gruszki. Tutaj my biegaliśmy między wąskimi straganami, lub też przeciskaliśmy się między półśpiacymi handlarkami (no właśnie, warzywa sprzedawały TYLKO kobiety!!!???), wybierając mango (po 1,5PLN sztuka), rambutany, mangostany i, te nasze ulubione, małe banany.



Wyjście na targ to także dobry rekonesans, żeby zorientować się w kwestii zakupu przypraw, a w szczególności wanilii. Rozpoznanie zrobione, ci co zamówili, oczywiście dostaną swój udział! Została już tylko negocjacja. Targ był też podobny do hali w Gdyni bo sprzedawano mięso, ale stan sanitarny tych stoisk był taki, że lepiej nie mówić. Były stoiska z rybami.


Na hali obowiązkowo były „barki” z lokalnym jedzeniem i stoiska hurtowe. Nie widzieliśmy tutaj Selgrosa ani Makro (nie wykluczam, że są w Indonezji), tak wiec są stoiska, gdzie można kupować ilości hurtowe wszystkiego, czyli lokalnych chipsów, przekąsek, ciastek, herbatników, orzechów i czego dusza zapragnie. Indonezyjczycy cały czas coś podjadają, więc wybór jest spory. Teraz już wiem, gdzie jeździ właścicielka jednego z siedmiu sklepików w naszej wiosce na zakupy. Co ciekawe, u niej owoce są tańsze, niż jak kupowaliśmy na tym właśnie rynku. Pewnie zorientowali się, że nie jesteśmy „lokalni” i za każdym razem zawyżano nam cenę przynajmniej 2 razy, która i tak była ok. Prawa rynku. Nie żyje Leszek Balcerowicz!

U nas, to znaczy na polach spory ruch.



Przed nami są 3 pola. Każde z nich oddzielone od drugiego niewielkimi kilkudziesięciocentymetrowymi wałami, stanowiącymi miedze. Pola mają pewnie ok. 400 metrów kwadratowych każde i są położone na różnych, nieznacznych, wysokościach. Dzisiaj od samego rana 2 panów wyrównywało poziom ziemi. Nie pada od kilku dni, woda lekko opadła na polu, które mimo tego jest zanurzone, pewnie na 30-40 cm w wodzie. Ostatecznie ryż lubi rosnąć w wodzie. Czekam na ten moment, aż rozpocznie się sadzenie i zazdroszczę tym, którzy będą tutaj za kilka tygodni, jak to wszystko, co jest przed nami, będzie się zieleniło. Wygląda na to, że ten ryż sadzony przed naszym domem nie będzie wykorzystywany do sushi, ale tylko na lokalne potrzeby, co potwierdzili pytani rolnicy.

Wczoraj odkryliśmy inną część Ubud.



Jest jeszcze bardziej artystyczny zakątek z hotelami, których nie powstydziło by się Monaco, czy Monte Carlo. Hotele mocno osłonięte zielenią o niskiej zabudowie i typowej dla Indonezji architekturze. Niektóre z hoteli i restauracji mają tajemnicze ogrody. Widać szyk i elegancję. Samo centrum Ubud jest bardzo przyjazne z wielką ilością restauracji, które wciśnięte są między sklepy i punkty wymiany walut. W tej natomiast części miasta między restauracjami, które są ogromne, nawet wielopiętrowe, często z widokiem na cudownie rozłożone na wzgórzach tarasy pól ryżowych, są prawdziwe galerie sztuki. Sztuki przez większe niż w samym Ubudzie S. Za dwa dni, na koniec naszego pobytu wybieramy się do jednej z nich. Uprzedzono nas, że niektóre potrawy tradycyjnie przygotowywane na ceremonie rodzinne i świeta, trzeba zamawiać przynajmniej na 24 godziny wcześniej.


Oj, widzę, że wierszówka załatwiona;) Właśnie zatrzęsła się ziemia. 5,1 w skali Richtera, więc jest OK. Kilka wstrząsów wtórnych. Co dziennie gdzieś w Indonezji się trzęsie, więc wszyscy są na to przygotowani. My też.

czwartek, 3 listopada 2011

Przestępca przegrywa w scrabble.

Mamy nowy samochód, bo poprzednim nie dawaliśmy rady podjeżdżać pod naszą górkę na wsi. Jakby ktoś chciał skomentować, że to dlatego, że cały czas jemy, to nie ma do końca racji, bo cały czas nie jemy. Czasami jeździmy. Pisze czasami, bo nigdzie się nie śpieszymy. Jak przypomni mi się ilość przesiadek, transferów i lotów na Filipinach, to od razu mi lepiej, że tym razem zwolniliśmy. Teraz, przyjmując zasadę: take it easy, nikt niczego nam nie narzuca. Tak przynajmniej nam się wydawało.

Ruszamy znów na wschód tym razem bardziej na południe. Trasa super. Znów przejeżdżamy przez miejscowości specjalizujące się w wyrobie jakiś produktów, które lądują w drogich sklepach w Europie i USA. Ulice szklanych figur, kafli, drewnianych kotów zaliczone. Zupełnie na nas to nie zrobiło wrażenia. W przeciwieństwie do ulicy, gdzie sprzedawano ogromne blaty drewniane. Pewnie każdy miał 4-5 metrów i był wypolerowany z niesamowitą dokładnością. Coś wspaniałego. Ja mam w ogóle odjazd na punkcie drewna i tylko czatuję na moment nieuwagi Magdy, bu sobie coś znów kupić. W tym roku nie przywiozłem jeszcze żadnej rzeźby, więc coś mi się należy od tego życia. Mam możliwość zabrania nadbagażu, więc muszę z tego skorzystać!
Jedziemy przez kolejne miejscowości. Trasa nieskomplikowana na GPS widać gdzie mamy dojechać. Tylko dwa razy zdarzyło nam się pojechać pod prąd, bo mają tutaj dość ciekawy system przemianowywania ulic dwukierunkowych na jednokierunkowe, w zależności od pory dnia. I tak nagle jedziesz ulicą dwukierunkową i pojawia się ruchomy znak, że teraz to „ona”, czyli ta ulica, jest właściwie jednokierunkowa. Dotyczy to najczęściej godzin 06:00 – 19:00, więc pewnie nie raz trafimy na coś takiego.

Wjeżdżamy do Sanur, kończy się „autostrada” i nagle zmienia się światło. Mam skręcić w lewo. Jest czerwone. Zatrzymuję się. Pech chciał, że pod samym posterunkiem drogowym policji. I tutaj rzucają się nam mnie 2 policjanci, którzy wymachując żółtymi chorągiewkami karzą zjechać na bok. Uff, myślę sobie. Uśmiechamy się po panów szczerze. A jeden z nich, ni stąd ni z owąd, zaczyna na mnie krzyczeć, że na Bali jak jest skręt w lewo (tutaj jest ruch lewostronny) to nikt nie staje na czerwonym świetle, tylko skręca. Byliśmy 20 metrów od parkingu na plaży i zostaliśmy zatrzymani przez policję! Ale pech! Pan kazał pokazać dokumenty samochodu i moje prawo jazdy. Jak zobaczył, że jest to europejskie prawo jazdy to powiedział, że jestem przestępcą i nie wolno mi prowadzić samochodu. Zmierziło mnie, bo jeszcze nigdzie na świecie nie kwestionowano naszego prawa jazdy. Ok w umowie wynajmu samochodu było napisane, że międzynarodowe prawo jazdy jest wymagane, ale powiedziano mi także, że policja na to przymyka oko. Policjant (pewnie Wayan, bo pewny siebie i mocno upierliwy) powiedział, że będę miał sprawę w sądzie i że czeka mnie spora kara. Nie mniej niż 200USD. Może nawet więzienia. Zaczął jeszcze bardziej krzyczeć i powiedział, że mnie nie przepuści. No to, jak w Polsce, czego akurat nigdy nie robię, zapytałem jakie mamy rozwiązanie. To się możemy dogadać, powiedział. Wyjmuję portfel, a tam mam tylko 20,000 rupi indonezyjskich, czyli niewiele ponad 2 USD. Kicha. Zawsze dbam o to, żeby mieć lokalną gotówkę. Ale chciałem ją wymienić za te 20 metrów, przy samej plaży. Pan powiedział, że to za mało i tutaj jest bankomat, jak nie chcę iść do więzienia. Z bankomatu nie skorzystałem, ale poszedłem do banku, zostawiając Magę z panem policjantem. A w banku mi mówią, że nie wymienią mi USD bo banknoty są serii A, a oni serii A nie biorą. No to zagadałem do menedżerki, że mam sytuację podbramkową i jest mi potrzebna kasa na lekarza. Ugięli się i łaskawie wymienili. Policjant nie głupi, zażądał 50 USD. Na tutejsze warunki, gdzie można spokojnie zjeść lunch na 2 USD to kwota dość kosmiczna. Jak wróciłem z banku, to najpierw zapytał co robię (powiedziałem, że jestem nauczycielem, bo co się będę wymądrzał), ile mamy dzieci i skąd przyjechaliśmy. Okazał się zupełnie miłym człowiekiem. No tak, tak się zmienił jak zobaczył mój portfel, z którego wziął sobie sam niezłą sumkę. Już teraz wiem, że mógłbym mu dać połowę, gdybym tylko na początku samego zajścia miał wystarczającą ilość gotówki. Mam nadzieję, że już policji nie spotkam, a tak na przyszłość to mam 50,000 IND w kieszeni spodni. To standardową wysokość łapówki.

W Sanur było +35C. Upal niemilosierny! Plaża z jednej strony czarna, niesympatyczna. Z drugiej strony zupełny raj. Szeroka, złocista, idealnie czysta. Tylko zupełnie nie było turystów. Nie wiem, czy to dlatego, że jest po sezonie, czy po prostu tak jak my wszyscy korzystają z basenów kilku hoteli zbudowanych nad samym morzem. Jeden nawet specjalizuje w ślubach, ponieważ przed jednego fasada zbudowano kompletnie coś idiotycznego, czyli szklaną kulę o wysokości 3-4 pięter, która stanowi salę/pałac ślubów. Nie wyobrażam sobie jaka tam musi być temperatura wewnątrz. Bez włączonej klimatyzacji, to na pewno +60C. Masakra. Ale jak ktoś chciały taki ślub, to służę adresem. Tylko trzeba pamiętać, żeby pan młody miał odpowiednie prawo jazdy, bo zamiast na ślubnym kobiercu mógłby stanąć przed obliczem Temidy.

Wieczór zakończyliśmy partią scrabbli w jednej z naszych ulubionych restauracji. Niestety zostałem pokonany, ale tylko dlatego, że Magda wyciągała ulubione litery scrabblistów: ń,ź,ć i ś układając je, jakiś trafem, także na czerwonych polach. Mimo wszystko tego dnia czułem się wygrany. Nie wylądowałem w więzieniu i oficjalnie nie jestem jeszcze przestępcą. I niech tak zostanie!

Nie topless w drodze na wschód.

3 poranne sms obudziły nas z lekkiego letargu. O 07:53 Wayan, nasz mocno namolny kierowca, postanowił nam umilić dzień pytając się jak się mamy. Mieliśmy się dobrze i zaraz zadzwoniliśmy do „naszego” Wayana – zarządzającego wioską, że pilnie potrzebujemy wynająć samochód. Przyjechał jeden, ale widać było, że pan coś lekko kombinuje, bo zamiast standardowej umowy miał tylko małą karteczkę z napisem „reservation”. Zachowałem się asertywnie i powiedziałem, że „na krzywy ryj” to niestety nie możemy wynająć samochodu, bo to jest za poważna sprawa. Przyjechał drugi. Wsiedliśmy do niego. Mały, zupełnie jak Matiz, Suzuki Karimun (chyba). Ale było OK. Pierwsze 2 km były lekko dramatyczne. Bo nie tylko, że pod górę, ale w dodatku w mieście. A tutaj nie obowiązują zbyt rygorystyczne zasady. Właściwie motory(nki) mogą wszystko. Jechać pod prąd, wciskać się, przed lub obok samochodu, zawracać gdzie chcą. Ludzie jeżdżą często bez kasku. Zdarzyło nam się już spotkać 4 osoby na jednej „maszynie”.

Postanowiliśmy wynająć samochód z przyczyn praktycznych. Nie mamy już tzw. ”parcia” na atrakcje – bo jak sprawdziliśmy, te główne już widzieliśmy, a samochód daje swobodę i zupełnie inne przyjemności. Do ich na pewno należy eksploracja terenu. Bez szczegółowej mapy i tylko z ledwie działającym GPS udało nam się wybrać trasę i kierunek. Wschód. Jedziemy nad morze się wykąpać. Taki jest plan, ale nie wiemy ostatecznie jak długo nam to zajmie, ani czy na pewno będzie to takie morze jak chcemy.
Na trasie dość spokojnie. Nikt nas nie zaczepił. Droga nadzwyczaj dobra, szeroka, asfalt w stanie OK. Po drodze, zupełnie tak gdzieś w polu zachciało nam się czegoś napić.



Stanęliśmy i doznaliśmy nieprzeciętnych doznań kulinarnych. Wyobraźcie sobie pana, może nieco młodszego ode mnie, z lekkim wąsikiem, który ma na własność grilla, czyli swój własny biznes. Gill jest wąski, tak aby na nim mogły być ułożone równo i „smażone” rybne satay, czyli kawałeczki ryby w jakiejś zaprawie grillowane na dymie z liści bananowca. I pan, biznesmen, stoi i robi setki takich satay w ciągu godziny. Wygląda to tak jak taki typowy take-way, do które co kilkadziesiąt sekund z piskiem opon podjeżdża ktoś na motorze i kupuje zapakowane w papier i, obowiązkowo plastikową torebkę, zestaw satay. To czego, ktoś nie kupi tuż po grillowaniu wkłada do pojemnika i pewnie sprzedaje wieczorem jako odgrzane. Spróbowaliśmy pewnie ze 4 rodzajów, i chyba najlepszy był z rybą podobną do tuńczyka. Czuć było pikantne chilli wraz ze słodkim sosem sojowym. A to wszystko za 30 groszy za sztukę. Niebo w gębie.

Zachęceni dobrą rybką skusiliśmy się na mango smoothie.


To już inny biznes. Tutaj młoda dziewczyna, zupełnie jak w Starbucks’ie przygotowała napój bogów. Jedno żółte mango na osobę, niewielka ilość mleka kokosowego, trochę wody mineralnej z bombelkami i siuuup do blendera. Teraz tylko na dno plastikowego przezroczystego kubka (jak w Starbucks) trochę śmietanki kokosowej, na ściany niewielkie ilości kakao/czekolady. Teraz najlepszy moment. To co udało się zmiksować w blenderze wlała delikatnym ruchem do naczynia w taki sposób, że kakao stworzyło głęboko brązowe smugi. No nie, musimy to kiedyś powtórzyć w domu. Albo tu wrócić. Tylko skąd w Europie żółte mango? To co jest w Lidlu – jest super, ale to zupełnie inna odmiana. W ogóle, pewnie gdzieś to już pisałem, do Azji przyjeżdża się jeść mango. To jest najbardziej popularny owoc na świecie. Pewnie jedzone przez 4 miliardy ludzi. Codziennie.
Wystąpiłem w roli modela, bo kilka rodzin z restauracji, do której przytulony był grill zapragnęło sobie zrobić zdjęcie z grubszym, uśmiechniętym i białym człowiekiem. A że byli mili, to i ja strzeliłem im kilka fotek. Też zapragnąłem zrobić zdjęcie, ale głównie ze szczupłymi, uśmiechniętym!

Kolejne 2 kilometry i niespodzianka. Na naszej drodze pojawiła się świątynia.




Dziesiątki straganów. Zero turystów, bo to mocno po południu. Musi być ważna, stwierdziliśmy. Wchodzimy. Najpierw parkujemy. Pan wita nas okrzykiem good morning. Potem zbliżamy się do kasy, a po drodze inny pan zakłada nam sarongi, tak abyśmy nikogo nie obrazili. Pytają, skąd jesteśmy. Na koniec trzeci pan mówi, że nie topless. Patrzę na Magdę. Rzeczywiście nie topless. Ale to chyba dobrze, że nie topless, bo jesteśmy w świętym miejscu. Pan, jeszcze ze 4 razy powtarza, nietopless, już bez pauzy między głoskami. Zagadujemy o co chodzi z tym nietopless, oczywiście po angielsku. A na to pan: this is bat and rat temple, czyli, że to świątynia nietoperzy i szczura. Teraz już zajarzyliśmy, że nietopless to po prostu nietoperz.

Nietoperzy były tysiące. Zwisały, latały, kiwały się, wrzeszczały i nawet piszczały od czasu do czasu. Widok niesamowity, tym bardziej, że wokół nich biegały szczury, karmione i czczone przez Balijczyków. Ciekawe miejsce, okryte bez mapy i bez szczegółowego wertowania Internetu.


Po powrocie okazało się, że jest to jedna z siedmiu głównych świątyń Bali, więc trafiliśmy do najbardziej właściwego miejsca. Na koniec tylko przetrenowaliśmy panów w kwestii nietopless i nietoperz, tak aby uchronić ich przed gorszącym dla nich, nie dla nas, widokiem nagich ciał kobiet z Polski. Modelki z Tap madl miały by tu problemy.


Dojechaliśmy do Pangabaj na rybkę. To wschodnia część Bali i ucieszyliśmy się, że nie wylądowaliśmy tutaj w innej eco village, bo plaże ciemne (pewnie wulkaniczny piasek), atmosfera podobna do innych niewielkich kurortów. To raj dla nurkujących, a my takimi jeszcze nie jesteśmy. Była spora szansa, że wpakowano by nas na prom do Lombok, bo niechcący wjechaliśmy do portu. Już już podjechaliśmy pod nabrzeże, kiedy panowie zorientowali się, że nie zapłaciliśmy za bilety, a my, że to nie żaden parking tylko port! Prawie, że załadowali nas na spory prom.

Wieczorem tradycji stało się zadość. Cudne jedzenie, tym razem w restauracji u Amerykanki z Nowego Jorku, która zakochała się w Balijczyku, po 4 dniach pobytu na miejscu. Nieźle, nieźle. Lekko usmażone spore kawałki tuńczyka, obtoczone w delikatnie utłuczonym pieprzu, na 4 rodzajach sałaty z , lokalnie zrobioną, musztardą muśniętą na różowe, bo nie spieczone, mięso. Deseru nie mogliśmy sobie odmówić. Tarta z kruchego ciasta (ale na pewno nie pszennego) z jabłkami pokrojonymi w bardzo cienkie plasterki, oprószonymi świeżo startym cynamonem, upieczonymi na delikatnie osłodzonym cukrem palmowym rabarbarem. Ręcznie robione lody waniliowe dopełniły dzieła.

Czy ja w życiu robię niewłaściwą robotę. Chyba jednak powinienem więcej czasu spędzać doświadczając kulinarnych uniesień. Obiecują jeden z tekstów poświęcić tylko lokalnym restauracjom.

środa, 2 listopada 2011

Szkoła gotowania i czego my nie wiemy o Ketumbar, Isen lub Kunyit.

Najlepszym kanałem telewizyjnym jest Kuchnia.TV. Przede wszystkim dlatego, że uczy otwarcia na świat, tolerancji, szacunku dla kultur, szacunku dla ludzi i ich pracy. Dzisiaj właśnie przeżyliśmy coś, co można nazwać połączeniem kuchnia.tv z telewizją edukacyjną. Ale taką LIVE. Bez możliwości powtórki tego co się zrobiło, z wszystkim tego konsekwencjami. Ale też z publicznością na żywo. Jak mówiliśmy u nas w wiosce, że idziemy na lekcje gotowania, to padała tylko jedna nazwa Casa Luna. To jest kolejne miejsce kultowe w Ubud, gdzie spotykają się miłośnicy najlepszych smaków.

Casa Luna, to instytucja, bez której krajobraz gastronomiczny byłby nieco ubogi. CL została założona w latach ’80 przez Australijkę Jeanette, która jak wiele kobiet z tamtej części świata zaczęła odkrywać Bali w czasach, gdzie nie było bieżącej wody, a prąd był dostarczany tylko przez kilka godzin w ciągu dnia. Sama opowiadała, że po 2 dniach pobytu na Bali zakochała się i została tutaj tworząc spore, bo składające się z chyba 5-6 restauracji, imperium. COŚ chyba musi być w tych facetach na Bali, bo to już kolejna kobieta, która opowiadając swoją historię życia wspomina o tym, że miłość do Balijczyków następuje gwałtownie i namiętnie. Czyli, że 2 dnia się zakochują, a 3 dnia planują ślub. Dobrze, że my tutaj jesteśmy już 4 dzień. Panowie chyba nie są już zagrożeniem;).

Szkoła mieści się w jednym z jej hoteli o dźwięcznej nazwie Honeymoon Guesthouse i wygląda na prawdę przyjemnie. Wpadliśmy na ostatnią chwilę, myśląc, że już się wszystko zaczęło. 20 osób siedziało przy długim marmurowym stole, pod zadaszonym i otoczonym bujną zielenią tarasem. Prawie jak na szkoleniu lub przynajmniej na „naradzie”. Brakowało tylko rzutnika i ekranu. Właściwie nie, bo szmaragdowy basen, który był obok świetnie odbijał słońce (źródło światła), a terakotowe ściany mogłyby idealnie spełnić rolę ekranu. Gdzie jest tylko prezenter? - pomyślałem. Lub prezenterka? – też pomyślałem, po chwili. Dwie, trzy, pięć minut. Nic się nie dzieje. Towarzystwo mocno międzynarodowe lekko się niecierpliwiło. Większość (co się okazało) działa w świecie korporacyjnym, tak więc „time is money”. Ale nie na Bali. Tutaj mamy czas balijski. Plus minus dziesięć minut nie ma zupełnie znaczenia.

Jest ONA. Właściwie bez słowa przywitania, jednym zgrabnym ruchem pokazała, że mamy się do NIEJ zbliżyć. To była TA Janeatta. Kobieta INSTYTUCJA. Ale mieliśmy farta! I tutaj myśleliśmy, że tak jak w Chinach zaczniemy zaraz gotować. Nic bardziej mylnego. Jeanette, jak przystało na gwiazdę (też telewizji), zaczęła od krótkiego przedstawienia się (pewnie 10minut), a później, zupełnie jak w klubie AA, przedstawiliśmy się także my. Była oczywiście kwestia Holland – Poland, ale to drobnostka.

Nasza lekcja gotowania rozpoczęła się od sprawy zupełnie prozaicznej, mogłoby się wydawać. Od przypraw. I tutaj byliśmy absolutnie zachwyceni tym o czym Jeanette nam opowiedziała. Bo nie tylko pokazała niektóre przyprawy, ale też wytłumaczyła dlaczego w kuchni balijskiej są używane. Dla nas, gotujących, oglądanie goździków, czy też pieprzu nie jest atrakcją, ale wysłuchanie mini wykładu na jego temat, jak i gdzie rosną, dlaczego są używane lub omijane w kuchni – było absolutnie nowością. Większość przypraw, korzeni, pędów używana jest w formie naturalnej, ma właściwości antyseptyczne i chroni przed przeziębieniem. Ma także tę zaletę, że chłodzi organizm od wewnątrz. I to skutecznie. Co ciekawe, tutaj lody jedzą tylko turyści. Autochtoni, jak chcą się ochłodzić jedzą odpowiednie mieszanki przypraw. Największym odkryciem była dla nas naturalna kurkuma, którą uwielbiamy (jest wykorzystywana do leczenia 5 odmian raka), ale mamy w Europie możliwość kupna tylko w formie sproszkowanej. Zresztą wszystkie przyprawy i pędy są tak dostępne tutaj na miejscu, że jeśli pani domu (lub pan) ma ochotę coś ugotować to bierze garść tej lub innej przyprawy, obtłukuje pędy aby wydobyć aromat, dodaje jakiegoś korzenia niekoniecznie nawet obierając jego ze skóry (zazwyczaj tyle opłucze w wodzie). Niektóry uczestniczy zadawali pytania w stylu ile tego trzeba włożyć, a ile tamtego do jakiejś przyprawy, ale byli mocno temperowani Jeanette, która za każdym razem, prawie zabijając wzrokiem mówiła: nie wiem, ja dodaję szczyptę (czyli dobrą garść), albo po prostu tyle ile mam. Cudownie było spróbować soli, która jest mniej słona niż nasza (morskiej suszonej) lub cukru palmowego o intensywnym smaku karmelu.

Po prezentacji przypraw Jeanette zaprosiła swoich kucharzy, którzy najpierw nam pokazali, a później zachęcili do tego abyśmy sami zrobili różne rodzaje past, które łączyliśmy z różnymi składnikami. Pasty/chilli to nie sucha przyprawa, a kombinacja różnych świeżych składników (wcześniej opisanych) dokładnie zmiażdżonych (?) w dość płaskim kamiennym moździerzu. U nas moździerz używamy najczęściej do ubijania przypraw, podczas gdy tutaj do ich roztarcia. To daję ogromną różnicę w smaku, nie mówiąc o zapachu.

Zrobiliśmy kilka dań. No nie do końca, ponieważ my mogliśmy ewentualnie mieszać (to była słaba strona tej lekcji) i słuchać dokładnego tłumaczenia i instrukcji gotowania. Jeanette nie dotknęła się żadnej z nich, ale miała 2 kucharzy, którzy bez słowa wiedzieli co zrobić i jak pokazać proces tworzenia dań. Chyba najmniej spektakularna była sałatka z ogórka i marchwi. Pomysł przedni, ale chyba zabrakło wyrazistości smaku. Magda pewnie dodałaby lekko ostrej chilli, która dałaby lepszy kontrast do dość „płaskich” w smaku składników. Dla mnie przebojem było rybne curry z mlekiem kokosowym. Pokrojona świeża markela, usmażona na piekielnie gorącej patelni na oleju roślinnym, wraz z wcześniej przygotowaną pastą chilli, której ostrość została złagodzona mieszanką mleczka i śmietany kokosowej. Fantastycznie smakowała prosta grillowana ryba, okraszona inną, świeżo przygotowaną i jeszcze ciepła, pastą z lekką nutą czosnku, kurkumy, chilli, pasty krewetkowej. Cała ryba podzielona na małe porcje zawinięte w liście bananowca. Wyglądały jak duże, płaskie i w dodatku zielone cukierki ugotowane na parze. Proste, ale w smaku bardzo wykwintne. Szpinak znamy wszyscy z przedszkola. Cześć pewnie ma jeszcze traumę z tym związaną. Tutaj świeży szpinak został przygotowany z pastą o nazwie pomidorowy sambal. Też na świeżo. Pasta zrobiona jest z czerwonej chilli, małych ostrych chilli, pomidorów, soli morskiej, szalotek (rzadko tutaj używanych), czosnku, pasty z krewetek (nie życzę wrogowi napić się jej) i orzechów o nazwie candle nut (nie nadają się do jedzenia bez obrobi termicznej, bo grozi sporym rozwolnieniem). To wszystko razem wymieszane. Sekretem dobrego szpinaku jest wymieszanie jego ręcznie. Deseru nie robiliśmy, bo to tradycyjny tzw. czarny ryżowy pudding, który przygotowuje się ponad 4 godziny. Był słaby, tak jak wino ryżowe z limonką.

Lekcja w sumie była fantastyczna! Oczekiwaliśmy, ze sami nauczymy się robić jakieś potrawy, ale z drugiej strony fajnie było spotkać gwiazdę australijskiej TV, autorkę kilku książek o gotowaniu. Jest tak zajętą osobą, że w pewnym momencie zniknęła, rzucając na pożegnanie happy cooking!. Happy cooking Jeanette, happy cooking!

poniedziałek, 31 października 2011

Cooking school - fotorelacja

Sprawdzilimy, zaispirowalimy się i zostalismy pysznie nakarmieni.Polecamy.
http://www.casalunabali.com/cooking-school/

Glodnych ostrzegamy, poniższe fotografie mogą pogorszyc samopoczucie.
Na zachętę, efekt końcowy.


Janet De Neefe (Kobieta Instytucja) pięknie opowiada o składnikach i czynosciach.




Narzedzie tortur - potrzebujemy do przyzadzenia pasty chilli.








Pasta chilli jeszcze nie jest gotowa. Juz za chwile "spotka sie" z ryba.




Janet czuwa nad przygotowaniami. Teraz czas na rybę w lisciach bananowca.












Druga ryba, z inna pasta chili, po podsmazeniu, zostala zalana mlekiem kokosowym...




...to bylo zdecydowanie najlepsze danie!


Do rybki, jeszcze .. salatka z marchewki i ogorka i ...


... szpinak (oczywiscie azjatycki), okraszony tomato sambal.






Pychota!