czwartek, 10 listopada 2011

Babcia z procą.




Dostałem sygnały od niektórych czytelników, że nie do końca wierzą w niektóre wypisywane przeze mnie historie. No cóż, czasami trzeba dodać jakiś przymiotnik, lub też lekko podkolorować zdarzenie, aby było ciekawiej. Ale niewiele. Staram trzymać się faktów i nie dodaję za duzo dodatkowych informacji, które mogłyby w znaczący sposób zmienić sens wydarzenia. Tak też jest w tym przypadku.

Dzisiaj poznałem kobietę z procą. Właściwie babcię z procą.
Od początku. Jest znów (albo dopiero) straszny upał. Nie da się normalnie funkcjonować w takiej temperaturze. Dlatego też od samego rana postanowiliśmy sprawdzić jak działa nasz, przydzielony na trzy pokoje basen. Zadziałał absolutnie fantastycznie, bo ochłodził nas na tyle, że lekko zamrożeni postanowiliśmy coś zwiedzać. Zaliczyliśmy prawie wszystkie najważniejsze świątynie na Bali. Zostały tylko dwie.



Pora na Ulu Watu na półwyspie Bukit, na samym południu wyspy. Podjechaliśmy pod stację benzynową, jak to normalnie robimy. Tym razem był jednak taki gorąc, że z panem nalewającym benzynę nawiązałem kontakt słowno-wzrokowy przez uchyloną szybę. I tutaj mi coś nie pasowało, bo cała ekipa panów przy dystrybutorze zaczęła intensywnie gestykulować między sobą i jakoś tak się dziwnie uśmiechali. Dałem odliczoną kwotę i, tak jak to jest tutaj w zwyczaju, oddałem wszystko w ręce nalewacza benzyny. Pan stukną kilka razy w karoserię i odjechałem. Odjechałem, ale po kilku kilometrach zobaczyłem, że właściwie to mi wskaźnik poziomu paliwa się nie podniósł. Upał, paliwo wyparowało, czy co? Pewnie jakaś lekka zadymka. Gdyby było to w Polsce to chyba bym się pogniewał, ale tutaj paliwo kosztuje 50 centów, czyli 1,60 PLN! Tak to ja mogę sobie jeździć i darować 10 litrów paliwa! Po drodze zostaliśmy wykończeni przez słońce. Ukrop straszny. Przez to wszystko wjechałem tam gdzie nie powinienem. A ponieważ zawrócić tutaj można tylko skręcając na parking w prawo (bo tutaj jest ruch lewostronny), tak aby nie spowodować kolizji, tak też zrobiłem, zatrzymując się właściwie na szybie Coffe Shop. Poczułem, że jest to przeznaczenie! Nie chodziło o to, że nie udało mi się rozbić ogromnej szyby kawiarni, ale to, że trzeba się napić kawy. Nie piliśmy jej od czasu wyprawy do świątyni Besahir, gdzież to podano nam mrożoną kawę w postaci kawy po turecku lekko schłodzonej niewiadomego pochodzenia kostkami lodu. W tamtym przypadku, żeby nie zmartwić obsługi, po prostu wylaliśmy ją pod krzaczek. Udając oczywiście, że była cudowna i nam smakowała jak nigdzie indziej. Kłamcy. Kłamcy z nas. Tutaj kawa jednak była jak marzenie. Podwójne machiato z domowej roboty lodami waniliowymi i latte z delikatnie skruszonym lodem. To dało nam siłę, żeby w upale dojechać do Ulu Watu. +34C. Nie mniej.



Zanim wysiedliśmy z samochodu Magda ostrzegła (bo w przeciwieństwie do mnie czyta przewodniki), że tutaj może być ciężko. Ciężko, czyli, że będą małpy. Ok, pomyślałem. Nie jedną małpę widziałem. Ale te małpy, kontynuowała Magda, są agresywne. Lekko zignorowałem tę informację i dziarsko udałem się do kasy. A tam strach i terror! Małpy już na nas czyhają. Małpy nad bileterem, pod nogami pana z sarongami, na parkanie, na murku, przy stoliku. No to będzie się działo. Wszyscy w kasie ostrzegają, że małpy nas zaatakują. I w tej atmosferze podchodzi do nas pani. Może 1,5 wzrostu, waga mocno piórkowa. Mówi, że oprowadzi nas po świątyni za drobną opłatą, ale głownie ustrzeże nas przed małpami. Pomni doświadczenia z Monkey Forest z przed ponad 2 lat zgodziliśmy się. Zastanawiałem się jak ta drobna kobieta to zrobi. Małpy rzeczywiście były mało sympatyczne. Zanim doszliśmy do świątyni z XI wieku przeszliśmy się wokół klifu. Wyglądało to wszystko jak Mohir Cliffs w Irlandii, na południe od Galawy. Widok odurzający i wspaniały!

Podążając za panią, kilka razy widzieliśmy jak małpy ściągały turystom okulary słoneczne, a później je rozbierały na części pierwsze lub ewentualnie obgryzały. W pobliży, jak grzyby po deszczu wyrastali, ni stąd, ni z owąd, lokalni mieszkańcy, którzy podrzucali małpom owoce. Te od razu traciły zainteresowanie plastikową zdobyczą rzucając się na banany lub inne owoce. Lokalesi oddawali okulary, a turyści odwdzięczali się napiwkiem. Powtarzało się to wielokrotnie. Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku „laczków”. Turysta, który nie potrafił chodzić w „laczkach” lub też miał pecha, że nosił za duże stawał się ofiarą jednej lub dwóch małp, które ściągały je z nóg lub w chwili słabości turysty po prostu je wyrywały.

Nasza przewodniczka broniła nas przed małpami w sposób mocno przemyślany tak jakby oglądała film Body Guard z Kevinem Costnerem i Whitney Houston. Najpierw dokładnie obejrzała każdego nas. Potem kazała zdjąć czapki. Spojrzała co mamy na nogach. Oceniła nasze klapki. Poinstruowała jak je mamy nosić (jakbym nie wiedział) a potem, nagle, z kieszeni wyjęła procę. Najprawdziwszą procę! Klasyczną. Z długą, szeroką i czarną gumą. Rączka miała pewnie 15-17 cm. Proca z lat siedemdziesiątych. My oczywiście od razu zareagowaliśmy, że jesteśmy jak animalsi, kochamy zwierzęta, że nie wolno ich zabijać. Wspomnieliśmy, że ona to taka morderczyni, a jak tak to my dziękujemy za jej usługi. Na to pani powiedziała, że ona tutaj robi od 40 lat i nigdy nie zabiła żadnej małpy, bo ta proca na niby. Na niby a działa, dodała łamanym angielskim z akcentem cockney. Rzeczywiście wyglądało to nieco groteskowo, jak pani niewiele ponad metr wzrostu chodziła przed nami i przecierała szlak.
Była zawsze ok. 1 metra na przedzie. Osłaniała także tyły. Była czują jak Buce Lee uprzedzając potencjalne ataki. Była super wyposażona jak James Bond, bo miała „ten” gadżet. Działała trochę jak Colombo, bo pochylona wypytywała się o różne rzeczy. Nie wiem tylko czy działała jak komisarz Borewicz, bo nie pamiętam jego umiejętności, z wyjątkiem tych, związanych z podrywaniem różnych pięknych dam. Nasza pani, nasza obrończyni, a to raz wrzasnęła, uważajcie, one są u góry! Jednocześnie wyjmując procę z kieszeni i naciągając na palcach czarną gumę na długość 40 cm. Innym razem idąc za nami ochroniła Magdę przed atakiem. Małpy syczały, uciekały, a my czuliśmy się jak pod ochroną BOR-u. Czasami zupełnie niepotrzebną. Pani okazała się 50 letnią babcią o imieniu Made. 2 dzieci, 2 wnucząt. Tak więc chyba babcia utrzymywała całą rodzinę mając nie tylko umiejętności body guarda, ale także biznesowe. Kilka chwil później widzieliśmy jak dziarsko, siedząc bokiem na motorze, oparta o swojego syna (lub kochanka, bo kto by nie kochał się w tak silnej kobiecie) przemieszczała się do swojej wioski.


Ciekaw jestem, czy jak ktoś czegoś nie chce zrobić tak jak ona sobie tego życzy, to czy także korzysta ze swojej procy?

Wieczorem postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda plaża w Jimbaran, gdzie jesteśmy.



A także jaką kuchnie serwują restauracyjki na plaży. Chyba nam smakowało.



I bylo pięknie. Malo turystow. Spokojnie, bezpiecznie. Czysta plaza, szafirowe morze (mimo ze nie widac, bo wieczór).

środa, 9 listopada 2011

Na urlopie w czasie deszczu....

... można usiąść i płakać, ale można też wziąć do reki aparat, wyjść na taras i robić zdjęcia.









Karton z wanilią.


Dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie. Rano, jeszcze przed śniadaniem wyszedłem na spacer po wsi. Trzeba się integrować z naszą wsią. Nie każdy turysta mieszka na wsi, niektórzy mieszkają w luksusowych hotelach i nie mają takiej możliwości. U nas we wsi ludzie są bardzo mili.


Żyjemy w pełnej symbiozie, która wyraża się między innymi tym, że przestępczość jest bardzo niska. W ogóle to jest bardzo bezpiecznie. Zważywszy to, że śpimy przy samym polu ryżowym, nas dom nie ma właściwie żadnych okien, okiennic czy też stałego zamknięcia. Mamy same otwarte przestrzenie. Nawet część wydzielona na sypialnie ma same otwory, tak więc każdy mógłby tutaj wejść. To jest oczywiście zachodnie myślenie, zupełnie odległe od tego, które jest tutaj reprezentowane.



Turyści mieszkający w wiosce dają pracę lokalnym, ale my chyba dostajemy od nich chyba znacznie więcej. Uśmiech, słońce, świeże powietrze i spokój. No może spokój nie zawsze jest dostępny, bo w wieczorem słychać różne śpiewy z okolicznych świątyń, zwierzęta domowe drą się niemiłosiernie, słychać odgłosy tropików, czyli chrząszcze, gekony i inne stwory (wolę nie myśleć jakie). Generalnie nawzajem się wpieramy. My ich w trudnym codzienny losie, a oni nas w naszym losie turysty. Nas znaj wszyscy, my znamy tylko nielicznych. Ale znamy. Panią sklepową, pana na rogu, panów siedzących wieczorami, pana z przyczepką i pana taksówkarza, co jednocześnie jest nauczycielem wuefu.




Dzisiaj mogę stwierdzić, że zrobiłem interes życia! Udało mi się namówić Magdę na powtórne wyjście na rynek i eksplorację dostępnej ofert przypraw. Oczywiście mniej byłem zainteresowany pieprzem, solą czy też kurkumą. Mnie interesowała tylko wanilia. I to bardzo konkretna. Ta uprawiana w Indonezji o smaku czystym, ostrym i jednocześnie delikatnym. Wiedziałem, że ją dostanę bo kilka dni wcześniej zlokalizowałem handlarza. Ale to co mi się przytrafiło dzisiaj było niesamowite. Gdy weszliśmy na targ Magda zauważyła panią, która z dość sporego kartonu wyjmowała świeżą, czyli suszoną wanilię i konfekcjonowała ją do niewielkich torebek. Wiedziałem, że będą moje. Długie, grube, świeżo suszone, pachnące, tłuste o niewiarygodnie intensywnym zapachu. Pani nałożyła mi całą siatkę, zupełnie tak jak u nas nakłada się zieloną fasolę w sezonie. Lekko niezgrabnie, od niechcenia. Ja natomiast, już po przyjściu do „domu” rozłożyłem delikatnie wszystkie laski, sprawdziłem ich jakość i zachwyciłem się! Mam je! A właściwie, mam ją! Drugą, po szafranie, najdroższą przyprawę na świecie.




Jest to nas ostatni wieczór w Ubud, dlatego zaplanowaliśmy coś nieprzeciętnego. Tak nam się przynajmniej wydawało. We wcześniejszych wpisach wspominaliśmy, że byliśmy na zajęciach szkoły gotowania u Jeaneatte, która jest właścicielką wielu restauracji. Jedną taką sobie upatrzyliśmy, która znana jest z tego, że ma niesamowity widok z tarasów na ogromny kilkusetmetrowy wąwóz pokryty lasem tropikalnym. Widok zapiera dech w piersiach, dlatego też postanowiliśmy iść na całość i zamówić danie, które przygotowywane jest tylko na specjalne uroczystości. Wędzoną kaczkę. Dwa dni wcześniej musieliśmy zrobić rezerwację, wpłacić zaliczkę i mogliśmy tylko czekać, żeby się udała. I tak się stało.
I tutaj przepraszam, że będę musiał być mocno sarkastyczny i złośliwy, bo były ku temu powody!


Przyjechaliśmy do Indus. Lokalizacja i restauracja jak marzenie. Czegoś takiego w Azji jeszcze nie widzieliśmy, przede wszystkim ze względu na wspomniany widok. Przywitano nas. Pani kelnerka upewniła się, że my to my, czyli ci co zamówili wędzoną kaczkę. Widać nie często się zdarza. Dobrze, że nas nie wylegitymowała. Właściwie podchodziły co jakiś czas inne panie i tez się upewniały. Usiedliśmy na sporym balkonie z widokiem na las tropikalny. Soczysta zieleń, wąwóz, w dole szumiąca rzeka. Idealna okolica. Koło nas zajęte tylko 2 stoliki. Jedni sąsiedzi sączą szampana, inni lokalne piwo, też podawane w kubełkach z lodem. My jesteśmy po środku. I jakoś bez alkoholu na początek. Pani kelnerka zaoferowała jednak koktajl, który ma być częścią posiłku. No to siup pijemy. O Matko!, wrzasnąłem. Smak mocno dziwny. Nie żeby intrygujący, wręcz przeciwnie, odrzucający. Nie miałem ochoty na alkohol, nie tylko, że był fatalnie lokalnie sfermentowany, że nawet nasz „jabcok” smakował by znaczniej wykwintniej, ale przede wszystkim, nie chciałem zabijać smaku „narodowej specjalności”. Chwilę później pani zaoferowała balijskie mezze. Super, ale nie powalające. Tradycyjne potrawy balijskie, ale w mikroskopijnych rozmiarach. W innych miejscach bywały lepiej doprawione mięsa i ciekawsze sosy. Czekamy, czekamy i czekamy. Po 20 minutach ma wkroczyć. Ta jedyna. Ta oczekiwana. Ta wspaniała. Kaczka. Nie kaczor. Kaczka. Indonezyjska. Przygotowywana na specjalne ceremonię. Ta kaczka, która ma powodować, że ludzie są bardziej szczęśliwi. Została przyniesiona. Sam sposób podania zaprzeczał wyjątkowości. Bardziej wyjątkowo podano tego szampana naszym sąsiadom. Wygląda ta nasza kaczka na mocno wychudzoną. Tak na pierwszy rzut oka lekko zapadnięte niewielkie ptaszęcie. Nieżywe. Zupełnie nic specjalnego. Szara, nieapetyczna w żle wyglądającym sosie. Na dwie osoby? To przecież sama skóra (nawet nie tłusta) i kości. Głownie kości.



Z uśmiechem jednak jedliśmy lekko szafranowy ryż wraz z zieloną sałatką z ostrą chilli. Rozdrapywaliśmy fragmenty mięsa. Cmokaliśmy i chyba mimo wszystko, ale tylko w pierwszej chwili, nam to zasmakowało. Nie dłużej. Bo po kilku minutach, po suficie (tu obniżonym dzięki zastosowaniu materiału) zaczęły biegać szczury. Tak, tak wiem. Szczury w tej kulturze są obecne na co dzień, więc niby można się do tego przyzwyczaić. Ale chyba nie w takim miejscu. 2 szczury z długimi ogonami pomykały nam nami. Wyglądały jakby czyhały na możliwość załapania się na resztki. Biegały, goniły się, zapadały w materiał, turlały się, zwijały się, piszczały i nawzajem atakowały. To wszystko nad naszymi głowami. Od czasu do czasu jeden z nich podchodził do brzegu sufitu i zawadiacko spuszczał długi, gruby ogon. Drugi natomiast, lubił podglądać gości i balansując ogonem, wystawiał tylko pyszczek intensywnie poruszając swoim nosem. W takim miejscy widok był niesmaczny.
Kaczka absolutnie niewarta swojej ceny. Lepiej chyba zaproszę Jeanette do importowania piersi z polskich kaczek – bo smaczniejsze. Ta była tłusta, z minimalną ilością mięsa. Mięso było przyprawione, ale czuć było tylko jedną przyprawę. Szkoda pisać – wielkie rozczarowanie.




















Wróciliśmy lekko zniesmaczeni (w dosłownym tego słowa znaczeniu) do naszej wsi. A tam obrazek, jaki widzieliśmy wielokrotnie. Nie udało nam się jeszcze tego sfotografować, więc pożyczamy zdjęcie z Internetu. Faceci głaszczący koguty.
To dość dziwny obrazek. Wygląda na to, że o określonej godzinie w ciągu dnia, chyba tuż przed zachodem słońca, mężczyźni spotykają się w różnych miejscach wsi, aby poplotkować. Kobiet wtedy nie ma. Kobiety spotykają się wcześniej. Mężczyźni siedzą, rozmawiają, coś popijają i siedzą. I głaszczą koguty. Widać, że traktują je tak jak my traktujemy nasze koty czy psy. Tylko dlaczego koguty? Może jednak sprawa jest bardziej prozaiczna i panowie głównie zastanawiają się jak zorganizować nielegalne walki kogutów. To hazard, który oficjalnie jest zakazany. Dwa dni później, jak próbowaliśmy zagadać do panów o te koguty, to w ogóle nie chcieli nawet z nami porozmawiać. Wymachiwali rękoma i kazali sobie iść.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Terror parasolniczek.


Wczorajsza ilość odsłonień bloga mocno nas zaszokowała. Dobijamy do 100 dziennie. Dla nas jest to niesamowite wyróżnienie, tym bardziej, że nie zainwestowaliśmy grubych milionów w marketing. Dziękujemy! Z tego tez powodu postanowiłem pozbyć się lekkich zaległości pisarskich. Dzisiaj opuszczamy Dom Pracy Twórczej w Ubud przemieszczając się na południe. Piszę DPT, ponieważ dobrze się tutaj piszę wieczorami. Teraz jest jednak poranek, odsunąłem rolety i mam widok, którym mi się śnił wielokrotnie. Nasz pole ryżowe. Może gdzieś w sercu jestem rolnikiem, bo bardzo mnie ciągną takie scenerie. Bardziej niż zabytki.
Wiem, wiem gdyby nie historia, to by nas nie było. Ale my w Polsce jesteśmy tak historyczni, poprzez wszystkie swoje tragedie narodowe, klęski i nieczęści, że czasami człowiek ma ochotę tylko myśleć o teraźniejszości i przyszłości. Usłyszałem zresztą dzisiaj w Trójce, że głupi myśli o przeszłości, naiwny o przyszłości, a mądry żyje teraźniejszością. To mi odpowiada.


Magda umieściła fotorelację z drogi do Besakih, najważniejszej świątyni na Bali. Jest to tzw. Światynia Matka, wszystkich świątyń. To kompleks chyba 22 różnych świątyń, których ważność zależy od tego jak wysoko położona jest na zboczu góry - wulkanu Agung, największego na wsypie. Jest kilka powodów dla których uważana jest za najważniejszą, a wśród nich ten, że jak w 1963 roku erupcja wulkanu zabiła ponad 1700 osób, to piekielnie gorąca lawa, jakimś cudem ominęła kompleks świątyń. Rzeczywiście można to uznać za cud oglądając jak to jest blisko.

Lubimy GPS. Wiemy, że mapy są boskie, ale kupienie dokładnej papierowej nie jest najprostsze. Lubię jak mój pilot informuje mnie o trudnościach całej trasy, już na trasie, korzystając z takiego drobnego wytrychu mówiąc: oj na na GPS pokazują, że tu będą jakieś takie niewielkie wzniesienia i zakręty. Matko Boska, niewielkie wzniesienia i zakręty to są w Alpach, a nie tutaj! Chciało mi się wczoraj wrzasnąć. Tam przynajmniej są jakieś barierki. Tutaj tylko „sky is the limit”, jakby powiedział niejeden Brytyjczyk. Z prostej, przyjemnej, wąskiej drogi. Zrobiła się kręta, niebezpieczna, jeszcze węższa górska serpentyna, z której nie było powrotu. Ani zawrócić, ani stanąć. Trzeba było jechać. Tylko w górę. Na szczęście mam już opanowane używanie klaksonu, a 2 z 5 biegów w naszej maszynie są moimi ulubione. Jedynka i dwójka! Redukcja z dwójki do jedynki wychodzi wspaniale. Czy przeszkadza mi warczenie, stuki i świadomość zarzynania silnika? No, chyba nie na tej serpentynie!




Prawie dojechaliśmy do kompleksu świątyń. Po drodze kilka posterunków policji, które sprytnie ominęliśmy łukiem, niekoniecznie nawiązując kontakt wzrokowy z panami stojącymi na posterunku. Mam 50,000 IND w spodenkach, więc jak tylko znów, któryś przyczepi się do mojego międzynarodowego prawa jazdy to jestem już przygotowany. Tym razem postaram się być policjantem z Polski, a Magda zostanie nauczycielką geografii, poprzedni byłem nauczycielem, a Magda Matką Polką z jednym dzieckiem. Jeden parking, okazał się pusty, więc go ominęliśmy. To dziwne, bo przecież to najważniejsza świątynia w Indonezji. Przejechaliśmy przez jeden „Ticket Office”, gdzie zapytano nas ile ludzi jedzie z nami i sprzedano 2 bilety informując, że koniecznie musimy zgłosić się do biura informacji turystycznej przy kolejnym parkingu.





Coś mi nie pasowało, ale jako, że z natury wierzę ludziom, powiedziałem, że oczywiście tak zrobimy. Wjeżdżamy pod prąd na parking, policjant się już na nas zasadza, ale ja z uśmiechem drę się na cały kompleks, że my właśnie tuuuuutaaaaaaj, zaraz idziemy do Biura Informacji Turystycznej (BIT) i przepraszamy, i, że nigdy nie wjedziemy znów tym wyjazdem. Skłamałem. Z parkingu policjant doprowadza nas do BIT, gdzie czeka na nas pewnie z 50 „pracowników”. Wszyscy w sarongach, ok. 1,5 m wzrostu. Jeden podprowadza do biureczka, gdzie pan, nieznoszący sprzeciwu, informuje nas, że jak chcemy zwiedzać świątynie, to musimy to zrobić z przewodnikiem, bo inaczej to i tak niczego nie zobaczymy. Nawet wcześniej planowaliśmy, że skorzystamy z usług, więc nie wiem, dlaczego wszyscy tacy nachalni. Następnie w dość wyniosły sposób informuje nas, że ponieważ jesteśmy z Europy (tyle lat o to walczyliśmy!), to proponuje stawkę 15 Euro od osoby. Czy ON zwariował? To nawet Muzeum Watykańskie jest tańsze! Nie mówiąc już o London Eye (tak w ogóle nie ma to żadnego związku z Besahir). A ja Panu na to, że chyba dawno nie był w Europie i że u nas kryzys. Nie mówiłem o tym, że jesteśmy Zieloną Wyspą, bo okazało by się, że pan z PiS albo od ziobrystów i od razu by nie skrytykował. Na to pan, otoczony wianuszkiem 8 innych panów, spoglądających a to na kieszeń moich krótkich spodenek (tradycyjne miejsce przechowywania kasy turysty z Europy), a to na aparat fotograficzny ( w celu oceny zamożności), a to na plecak ( a tu by się zdziwili, bo wypełniony scrabble), pyta. Pyta dwa razy: ile w takim razie proponujemy. No jakoś mi się tych wszystkich 50 przewodników zrobiło żal (Tymochowicz pewnie opisał by to jako teorię wywierania wpływu!) i zaproponowałem. Na to 4 z 8 zaczęło gestykulować w kierunku głównego szefa BIT wyrywając mu z rąk zeszycik, w którym były zapisane wszystkie imiona i nazwiska przewodników, a także ilość „oprowadzeń”. Dostaliśmy naszego. Pewnie miał na imię Wayan albo Made – bo tu prawie każdy jest Wayan albo Made. Każde dziecko dostaje takie same imię w zależności od tego jako które urodzi się w rodzinie.




Nie jestem w stanie dokładnie opisać tego co pan nam mówił, bo nie mogłem niczego zrozumieć. Ale wiedzę pogłębiłem sobie dzięki Internetowi. Ważne jednak, że dzięki panu weszliśmy do jednej ze świątyń w której odbywała się ceremonia po kremacji. Nie było żadnego prochów zmarłej osoby. Nie było smutku i żalu. Atmosfera lekko rozrywkowa. Dużo uśmiechu i zadowolenia. Wszyscy chcieli sobie robić z nami zdjęcia. A u nas na pogrzebach, to zdjęcia nie są mile widziane! Większość osób ubrana na biało, co w Azji oznacza żałobę. Pan zaproponował, że zanim zacznie się ceremonia, to on się za nas pomodli, a my za to damy jakąś ofiarę. Usadził nas „po turecku”, jedna z pań przyniosła każdemu z nas ofiarę, czyli niewielką cynową (?) miseczkę z dużą ilością kwiatów o różnych kolorach. Pan kazał wziąć jeden, dwa, albo kombinację różnych kwiatków i kolorów w złożone dłonie, unieść nad sobą. W tym czasie modlił się w naszym imieniu za różne sprawy. Potem nie omieszkał powiedzieć, że czas złożyć ofiarę z naszej strony. Ale nie z kwiatów, tylko z gotówki, to nas „pan ksiądz” zrosi wodą. Zrosił, dał do popicia i obmycia twarzy. Jesteśmy pobłogosławieni!

Wychodzimy z jednej z dwudziestu świątyń. I zaczyna padać deszcz. W tym momencie widzimy jak tabun kobiet ze złożonymi parasolkami dosłownie rzuca się w naszym kierunku. Pan wybiera tylko jedną firmę, która dostępuję „zaszczytu” złożenia oferty! Firmy różnią się tym, że ich parasole mają jakieś napisy pociągnięte flamastrami. Parasolniczniki zaczynają działać. Pada jeszcze bardziej intensywny deszcz. Jak w Azji. Nie ma czasu na negocjacje! Trzeba brać co dają i zgadzać się na to co proponują. Mamy deal. Mamy parasolki. Parasolniczki nie ustają. Umówiliśmy się na wypożyczenie, podczas gdy ONE chcą abyśmy kupili parasole. Lekki terror. Pan idzie i mówi. My idziemy i próbujemy słuchać. Parasoliniczki terroryzują. Po chwili odpuszczają. Jesteśmy schronieni pod parasolami. Po obejściu świątyń, chcemy zabrać parasole z powrotem do BIT, a nie tylko do wyjścia ze świątyń, bo to prawie kilometr drogi. Parasolniczni nie pozwalają. Każą kupić parasol. Ostatecznie poddają się i wynajmują na kolejne kilkaset metrów. Ale czad. Walczyliśmy z niewinnymi parasolniczkami.

Leje strasznie. Oberwanie chmury. Ale musi być to tutaj zupełnie normalnie skoro rozminął się biznes parasolniczy! Nie dochodzimy do BIT, bo nie mamy szansy z deszczem. Zatrzymujemy się u pani na domowe jedzenie. I tu rewelacja.



Chyba najlepszy makaron smażony z jakiem sadzonym jakie jedliśmy w Azji. Zostaliśmy uraczeni prostym jedzeniem. Jeszcze tylko deser, który został przyniesiony przez przechodzącą właśnie w deszczu sąsiadkę. Białe i zielone półkule ryżowe polane rozpuszczonym cukrem palmowym o smaku karmelu. A wszystko podane na woskowanym szarym papierze. Niebo! Niebo w gębie!