poniedziałek, 7 listopada 2011

Terror parasolniczek.


Wczorajsza ilość odsłonień bloga mocno nas zaszokowała. Dobijamy do 100 dziennie. Dla nas jest to niesamowite wyróżnienie, tym bardziej, że nie zainwestowaliśmy grubych milionów w marketing. Dziękujemy! Z tego tez powodu postanowiłem pozbyć się lekkich zaległości pisarskich. Dzisiaj opuszczamy Dom Pracy Twórczej w Ubud przemieszczając się na południe. Piszę DPT, ponieważ dobrze się tutaj piszę wieczorami. Teraz jest jednak poranek, odsunąłem rolety i mam widok, którym mi się śnił wielokrotnie. Nasz pole ryżowe. Może gdzieś w sercu jestem rolnikiem, bo bardzo mnie ciągną takie scenerie. Bardziej niż zabytki.
Wiem, wiem gdyby nie historia, to by nas nie było. Ale my w Polsce jesteśmy tak historyczni, poprzez wszystkie swoje tragedie narodowe, klęski i nieczęści, że czasami człowiek ma ochotę tylko myśleć o teraźniejszości i przyszłości. Usłyszałem zresztą dzisiaj w Trójce, że głupi myśli o przeszłości, naiwny o przyszłości, a mądry żyje teraźniejszością. To mi odpowiada.


Magda umieściła fotorelację z drogi do Besakih, najważniejszej świątyni na Bali. Jest to tzw. Światynia Matka, wszystkich świątyń. To kompleks chyba 22 różnych świątyń, których ważność zależy od tego jak wysoko położona jest na zboczu góry - wulkanu Agung, największego na wsypie. Jest kilka powodów dla których uważana jest za najważniejszą, a wśród nich ten, że jak w 1963 roku erupcja wulkanu zabiła ponad 1700 osób, to piekielnie gorąca lawa, jakimś cudem ominęła kompleks świątyń. Rzeczywiście można to uznać za cud oglądając jak to jest blisko.

Lubimy GPS. Wiemy, że mapy są boskie, ale kupienie dokładnej papierowej nie jest najprostsze. Lubię jak mój pilot informuje mnie o trudnościach całej trasy, już na trasie, korzystając z takiego drobnego wytrychu mówiąc: oj na na GPS pokazują, że tu będą jakieś takie niewielkie wzniesienia i zakręty. Matko Boska, niewielkie wzniesienia i zakręty to są w Alpach, a nie tutaj! Chciało mi się wczoraj wrzasnąć. Tam przynajmniej są jakieś barierki. Tutaj tylko „sky is the limit”, jakby powiedział niejeden Brytyjczyk. Z prostej, przyjemnej, wąskiej drogi. Zrobiła się kręta, niebezpieczna, jeszcze węższa górska serpentyna, z której nie było powrotu. Ani zawrócić, ani stanąć. Trzeba było jechać. Tylko w górę. Na szczęście mam już opanowane używanie klaksonu, a 2 z 5 biegów w naszej maszynie są moimi ulubione. Jedynka i dwójka! Redukcja z dwójki do jedynki wychodzi wspaniale. Czy przeszkadza mi warczenie, stuki i świadomość zarzynania silnika? No, chyba nie na tej serpentynie!




Prawie dojechaliśmy do kompleksu świątyń. Po drodze kilka posterunków policji, które sprytnie ominęliśmy łukiem, niekoniecznie nawiązując kontakt wzrokowy z panami stojącymi na posterunku. Mam 50,000 IND w spodenkach, więc jak tylko znów, któryś przyczepi się do mojego międzynarodowego prawa jazdy to jestem już przygotowany. Tym razem postaram się być policjantem z Polski, a Magda zostanie nauczycielką geografii, poprzedni byłem nauczycielem, a Magda Matką Polką z jednym dzieckiem. Jeden parking, okazał się pusty, więc go ominęliśmy. To dziwne, bo przecież to najważniejsza świątynia w Indonezji. Przejechaliśmy przez jeden „Ticket Office”, gdzie zapytano nas ile ludzi jedzie z nami i sprzedano 2 bilety informując, że koniecznie musimy zgłosić się do biura informacji turystycznej przy kolejnym parkingu.





Coś mi nie pasowało, ale jako, że z natury wierzę ludziom, powiedziałem, że oczywiście tak zrobimy. Wjeżdżamy pod prąd na parking, policjant się już na nas zasadza, ale ja z uśmiechem drę się na cały kompleks, że my właśnie tuuuuutaaaaaaj, zaraz idziemy do Biura Informacji Turystycznej (BIT) i przepraszamy, i, że nigdy nie wjedziemy znów tym wyjazdem. Skłamałem. Z parkingu policjant doprowadza nas do BIT, gdzie czeka na nas pewnie z 50 „pracowników”. Wszyscy w sarongach, ok. 1,5 m wzrostu. Jeden podprowadza do biureczka, gdzie pan, nieznoszący sprzeciwu, informuje nas, że jak chcemy zwiedzać świątynie, to musimy to zrobić z przewodnikiem, bo inaczej to i tak niczego nie zobaczymy. Nawet wcześniej planowaliśmy, że skorzystamy z usług, więc nie wiem, dlaczego wszyscy tacy nachalni. Następnie w dość wyniosły sposób informuje nas, że ponieważ jesteśmy z Europy (tyle lat o to walczyliśmy!), to proponuje stawkę 15 Euro od osoby. Czy ON zwariował? To nawet Muzeum Watykańskie jest tańsze! Nie mówiąc już o London Eye (tak w ogóle nie ma to żadnego związku z Besahir). A ja Panu na to, że chyba dawno nie był w Europie i że u nas kryzys. Nie mówiłem o tym, że jesteśmy Zieloną Wyspą, bo okazało by się, że pan z PiS albo od ziobrystów i od razu by nie skrytykował. Na to pan, otoczony wianuszkiem 8 innych panów, spoglądających a to na kieszeń moich krótkich spodenek (tradycyjne miejsce przechowywania kasy turysty z Europy), a to na aparat fotograficzny ( w celu oceny zamożności), a to na plecak ( a tu by się zdziwili, bo wypełniony scrabble), pyta. Pyta dwa razy: ile w takim razie proponujemy. No jakoś mi się tych wszystkich 50 przewodników zrobiło żal (Tymochowicz pewnie opisał by to jako teorię wywierania wpływu!) i zaproponowałem. Na to 4 z 8 zaczęło gestykulować w kierunku głównego szefa BIT wyrywając mu z rąk zeszycik, w którym były zapisane wszystkie imiona i nazwiska przewodników, a także ilość „oprowadzeń”. Dostaliśmy naszego. Pewnie miał na imię Wayan albo Made – bo tu prawie każdy jest Wayan albo Made. Każde dziecko dostaje takie same imię w zależności od tego jako które urodzi się w rodzinie.




Nie jestem w stanie dokładnie opisać tego co pan nam mówił, bo nie mogłem niczego zrozumieć. Ale wiedzę pogłębiłem sobie dzięki Internetowi. Ważne jednak, że dzięki panu weszliśmy do jednej ze świątyń w której odbywała się ceremonia po kremacji. Nie było żadnego prochów zmarłej osoby. Nie było smutku i żalu. Atmosfera lekko rozrywkowa. Dużo uśmiechu i zadowolenia. Wszyscy chcieli sobie robić z nami zdjęcia. A u nas na pogrzebach, to zdjęcia nie są mile widziane! Większość osób ubrana na biało, co w Azji oznacza żałobę. Pan zaproponował, że zanim zacznie się ceremonia, to on się za nas pomodli, a my za to damy jakąś ofiarę. Usadził nas „po turecku”, jedna z pań przyniosła każdemu z nas ofiarę, czyli niewielką cynową (?) miseczkę z dużą ilością kwiatów o różnych kolorach. Pan kazał wziąć jeden, dwa, albo kombinację różnych kwiatków i kolorów w złożone dłonie, unieść nad sobą. W tym czasie modlił się w naszym imieniu za różne sprawy. Potem nie omieszkał powiedzieć, że czas złożyć ofiarę z naszej strony. Ale nie z kwiatów, tylko z gotówki, to nas „pan ksiądz” zrosi wodą. Zrosił, dał do popicia i obmycia twarzy. Jesteśmy pobłogosławieni!

Wychodzimy z jednej z dwudziestu świątyń. I zaczyna padać deszcz. W tym momencie widzimy jak tabun kobiet ze złożonymi parasolkami dosłownie rzuca się w naszym kierunku. Pan wybiera tylko jedną firmę, która dostępuję „zaszczytu” złożenia oferty! Firmy różnią się tym, że ich parasole mają jakieś napisy pociągnięte flamastrami. Parasolniczniki zaczynają działać. Pada jeszcze bardziej intensywny deszcz. Jak w Azji. Nie ma czasu na negocjacje! Trzeba brać co dają i zgadzać się na to co proponują. Mamy deal. Mamy parasolki. Parasolniczki nie ustają. Umówiliśmy się na wypożyczenie, podczas gdy ONE chcą abyśmy kupili parasole. Lekki terror. Pan idzie i mówi. My idziemy i próbujemy słuchać. Parasoliniczki terroryzują. Po chwili odpuszczają. Jesteśmy schronieni pod parasolami. Po obejściu świątyń, chcemy zabrać parasole z powrotem do BIT, a nie tylko do wyjścia ze świątyń, bo to prawie kilometr drogi. Parasolniczni nie pozwalają. Każą kupić parasol. Ostatecznie poddają się i wynajmują na kolejne kilkaset metrów. Ale czad. Walczyliśmy z niewinnymi parasolniczkami.

Leje strasznie. Oberwanie chmury. Ale musi być to tutaj zupełnie normalnie skoro rozminął się biznes parasolniczy! Nie dochodzimy do BIT, bo nie mamy szansy z deszczem. Zatrzymujemy się u pani na domowe jedzenie. I tu rewelacja.



Chyba najlepszy makaron smażony z jakiem sadzonym jakie jedliśmy w Azji. Zostaliśmy uraczeni prostym jedzeniem. Jeszcze tylko deser, który został przyniesiony przez przechodzącą właśnie w deszczu sąsiadkę. Białe i zielone półkule ryżowe polane rozpuszczonym cukrem palmowym o smaku karmelu. A wszystko podane na woskowanym szarym papierze. Niebo! Niebo w gębie!

niedziela, 6 listopada 2011

W drodze do... fotorelacja z trasy

Jakosc tych zdjec pozostawia wiele do zyczenia, bo zostaly zrobione w czasie drogi. W pedzacym aucie, albo wrecz przeciwnie slimaczacym sie pod slonce. Albo nagle, a wtedy wiadomo, po diable.

Ruszylismy z Ubudu jak zwykle w tloku.


Oznaczenia drogi, jak widac, nie zawsze sa widoczne.

Zatrzymywaly nas swiatla, roboty drogowe, albo niespodziewane zatory.




Czasami gubilismy droge, ale nigdy nie stracilismy dobrego nastroju.


Mijalismy dzieci idace do szkoly, kierowcow motorynek lamiacych przepisy ruchu drogowego...


Panie na przystanku oraz w sklepie, a nawet pana, co mu chyba bylo zimno.




Najwiecej jednak minelismy znakow drogowych. Niektore zupelnie inne niz u nas.




Zdarzaly sie tez na drodze pojazdy nie dajace sie sklasyfikowac.




O maly wlos nabralibysmy sie na sztucznego slonia i falszywych policjantow.



Na Bali nie ma reguly ze swiatlami. Czasami mozna skrecac w lewo na czerwonym swietle, a czasami nie. Czytac trzeba uwaznie tabliczki pod nimi, bo jak nie, to ... odsylam do wczesniejszego postu o przestepcy.


Nie zglodnielismy, ale zawsze byl wybor gdzie zjesc.


Chrupka świnia Le Globe Cooker’a.


Miałem nosa. Dzisiaj wielki dzień na naszych tarasach wokół wsi. Rolnicy sadzą ryż. Nawet chciałem się włączyć w tą ważną dla wsi sprawę, ale zabrakło mi odwagi, albo po prostu bałem się, że nie dam rady. Jak tylko wstaliśmy i podnieśliśmy rolety, zobaczyliśmy 3 osoby schylone i w kompletnej ciszy sadzące ryż. Pani i 2 panów. Nie rozmawiali ze sobą, w zupełnym skupieniu, bez żadnych odgłosów zazwyczaj towarzyszącym schylaniu się. Sadzili.



Proces wyglądał następująco. Każdy z rolników brał średniej wielkości skrzynkę plastikową (plastikową, żeby pływała na wodzie stojącej na polu) i w szybkim tempie zapełniał ją pęczkami sadzonek, wcześniej przygotowanymi w „szkółce” w rogu każdego z pól. W wyznaczonym sektorze (widać tak między sobą podzielili teren działania) dzielił pęczki na indywidualne sadzonki. Sprawdzali ich jakość, a jeśli z któraś nie była dobra, to ją odrzucali do skrzynki. Momentalnie, tak aby żadna z nich nie uschła, rozpoczynali sadzenie w rzędach po 6sztuk. Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta i szósta. Tempo było niesamowite. Zero przerwy. Nikt się nie prostuje. Równo, miarowo, systematycznie. Powstają rzędy sadzonek, a między nimi 20 centymetrowe przerwy. Pola (jeden taras) mają ok. 350-400 metrów kwadratowych i były obsadzone przez te 3 osoby w mniej niż 1 godzinę. Tylko raz w ciągu godziny pozwalali sobie na krótką przerwę i łyk wody. Słońce, żar, ukrop. +32 stopnie w cieniu, a rolnicy sadzili.



Od czasu do czasu inni mieszkańcy wsi przychodzili i zagadywali. Nie wiem, czy to sadzili właściciele pól, czy wynajęci robotnicy, ale nikt kto przechodził obok nie pozostawał obojętnym. Nawet nasze panie sprzątające, nie przerywając swoje pracy i nie wpływając na tempo pracy rolników, kilka razy dopytywały się o to jak im idzie robota. A szła i to jak! Zostało jeszcze kilkadziesiąt tarasów we wsi.

Wokół basenu można było urządzić party. To taki nasz wniosek racjonalizatorski dla podniesienia atrakcyjności miejsca. Nasza wieś to kilka małych domów, które należą do wspólnoty. Współwłaściciele zatrudniają panów z security, panie sprzątające i robiące śniadania, panów ogrodników (ci to mają cały czas do roboty). Ale do tego jest też dzielona między wszystkimi infrastruktura, czyli mały ogród, parking i tzw. recepcja, w której i tak nikogo nie ma, bo nie ma takiej potrzeby.



Basen u nas jest ważny, bo można się zapoznać lepiej z często (ale chyba jednak rzadko) zmieniającymi się mieszkańcami. My jesteśmy tutaj najdłużej (oprócz oczywiście tych, co są właścicielami domów) wzbudzamy zainteresowanie nie tylko ze względu na kraj pochodzenia Holland-Poland, ale także na imiona. Ja właściwie już się poddałem i powiedziałem, że jak będzie ktoś miał potrzebę zawołania mnie to może spokojnie wybrać jakiekolwiek imię. Steve, John, Peter, Greg. W moim przypadku to nie ma absolutnie żadnego znaczenia! Jacek Amerykanom kojarzy się z grą o nazwie Jazzik, ale nie wiem na czym polega. Na basenie była ruda rodzina z Australii, pani artystka z Portland, Oregon (jak się przedstawiła), 2 dziewczyny – Azjatki (jedna Filipinko-Wietnamka – śliczna, druga Kazaszka) z Paryża i 3 amerykanów głośno śmiejących się (pan chyba jogin, ale panie na pewno nie). Jest to dość idiotyczne, jak w czasie lekkiej kąpieli – bo raczej nurkować się nie da, mocno zanurzeni w wodzie ludzie opowiadają sobie historię życia, po to tylko, żeby o niej za chwilę zapomnieć. Takie, typowo amerykańskie opowiadanie, pomaga oczywiście następnego dnia w zagadaniu do friends, ale często kończy to się na: „Jak się masz? Dobrze! A Ty? Też. No to super! Cześć i miłego dnia”. Jest to jakiś element pop kultury i trzeba to zaakceptować.” Po południu zauważyliśmy, że niektórzy tak lubią technologię, że zanurzeni w 8/10 potrafią korzystać z iPada2.

Wczorajszy lunch zaplanowaliśmy w miejscu, które odkryliśmy dzięki Fredowi Chesneau, podróżnikowi i kucharzowi, znanemu z programu Le Globe-Cooker z kuchnia.tv. To nasz ulubiony program, nie tylko, dlatego, że każdy odcinek dzieje się gdzieś w dalekim zakątku świata, ale także dlatego, że Fred z mocno trzęsącymi się rękoma próbuje wraz z ekspertami kuchni regionalnych coś ugotować. Czasami uczy się od lokalnych mistrzów, a innym razem, jak jest zachwycony miejscem, to za gościnę potrafi ugotować kilka dań, którymi jest w stanie wyżywić nawet sporą wieś. Kilka miesięcy temu oglądaliśmy odcinek właśnie z Ubud, w którym Fred uczestniczył w przygotowaniu pieczonych prosiaków.



Świnie przygotowywane już w nocy, wiele godzin przed świtem. Najpierw, wedle starego rytuały zabijane (przy czym, oczywiście strasznie kwiczą, i tego to się nie da oglądać), a chwilę potem są wzdłuż nadziewane na pal/rożno. Miałem wrażenie, że jeszcze „na żywca”. Fred miał problemy z nadzianiem prosiaka, bo właściwie z niego nie wyjęto wnętrzności nie dał rady ogromnym drewnianym młotem przebić zwierzęcia palem. Wiem, brzmi to strasznie, ale konsumpcja każdego zwierzęcia poprzedzona jest zazwyczaj rzezią. Rożno umieszcza się nad ogniskiem z drewna i i cały czas obraca i polewa mlekiem kokosowym z sekretnymi przyprawami. Bez przerwy rożno jest obracane, a prosiak polewany. Nie można pozwolić sobie na chwilę przerwy, bo skórka musi być chrupka i równomiernie upieczona. To największy przysmak. Pieczenie trwa ponad 6 godzin.

Potem sprzedawany w kilku kultowych miejscach. O godzinie 11:00 przy Ibu Oka (to jest nazwa kolejnego niesamowitego miejsca) jest już lekki tłumek, który z niecierpliwością czeka na pierwszą świeżo upieczoną świnię. Rodzina, która piecze prosiaki ma takie 3 miejsca w Ubud. Codziennie piecze się ich 8. Bar w centrum ma prawo do 3 z nich, które rozchodzą się w mniej niż 2 godziny. Przyszliśmy tutaj o 12:30 i załapaliśmy się już na „resztki”, czyli trudno było zobaczyć całe upieczone zwierzę. 3 panie stały jeszcze nad ogromna brytfanką i dzieliły delikatne mięso na niewielkie kawałeczki. Widać było, że musiało być dobrze upieczone, bo aż im się w rękach rozpływały po delikatnym muśnięciu.



Smak tej potrawy był absolutnie nieziemski. Łatwo napisać, gorzej opisać. W koszykach z palmy wyłożonych szarym dość grubym i woskowanym papierem nałożono nam sporo sypkiego i delikatnie kokosowego ryżu, a na to kilka większych kawałków prosiaka, do tego kawałek wnętrzności w kolorze głębokiego bordo, sałatkę z zielonych warzyw i coś, co okazało się „niebem w gębie”. Przebojem, ferią smaków, creme de la creme całej potrawy. Chrupka skórka. Złota, delikatna, cieniutka, krucha. Spełnienie marzeń smakosza. Smak jaki zapada na wiele lat. Jak oglądaliśmy Freda, to nie wierzyliśmy, że skórka może być aż taka pyszna. Tutaj była cudownie glazurowana, smakowała jak najbardziej wykwintne chipsy o delikatnym smaku midowo-kokosowo-bekonowym z lekką nutą dymu. Smak i zapach prosiaka nas zauroczył. Ibu Oka, jest bardzo lokalnym miejscem, ale sława jego jest globalna. Dzięki Fred! To kolejny powód, żeby kiedyś pochylić się nad kulinariamii.


Późnym wieczorem pojechaliśmy znów zanurzyć się w typowych balijskich klimatach. Być tutaj i nie napić się ice-tea oglądając piękne tarasy ryżowe, to jak być w Paryżu i nawet nie spojrzeć na wieżę Eiffla. Trochę zapomnieliśmy, że jest to kawałek drogi od Ubud. Po drodze mijaliśmy setki sklepów hurtowych ze znanymi z Indonezji pamiątkami. W sumie straszna komercja, dlatego też widok tarasów był bardzo oczekiwany. To niesamowite, że natura, z pomocą człowiek a może coś takiego stworzyć.