niedziela, 6 listopada 2011

W drodze do... fotorelacja z trasy

Jakosc tych zdjec pozostawia wiele do zyczenia, bo zostaly zrobione w czasie drogi. W pedzacym aucie, albo wrecz przeciwnie slimaczacym sie pod slonce. Albo nagle, a wtedy wiadomo, po diable.

Ruszylismy z Ubudu jak zwykle w tloku.


Oznaczenia drogi, jak widac, nie zawsze sa widoczne.

Zatrzymywaly nas swiatla, roboty drogowe, albo niespodziewane zatory.




Czasami gubilismy droge, ale nigdy nie stracilismy dobrego nastroju.


Mijalismy dzieci idace do szkoly, kierowcow motorynek lamiacych przepisy ruchu drogowego...


Panie na przystanku oraz w sklepie, a nawet pana, co mu chyba bylo zimno.




Najwiecej jednak minelismy znakow drogowych. Niektore zupelnie inne niz u nas.




Zdarzaly sie tez na drodze pojazdy nie dajace sie sklasyfikowac.




O maly wlos nabralibysmy sie na sztucznego slonia i falszywych policjantow.



Na Bali nie ma reguly ze swiatlami. Czasami mozna skrecac w lewo na czerwonym swietle, a czasami nie. Czytac trzeba uwaznie tabliczki pod nimi, bo jak nie, to ... odsylam do wczesniejszego postu o przestepcy.


Nie zglodnielismy, ale zawsze byl wybor gdzie zjesc.


Chrupka świnia Le Globe Cooker’a.


Miałem nosa. Dzisiaj wielki dzień na naszych tarasach wokół wsi. Rolnicy sadzą ryż. Nawet chciałem się włączyć w tą ważną dla wsi sprawę, ale zabrakło mi odwagi, albo po prostu bałem się, że nie dam rady. Jak tylko wstaliśmy i podnieśliśmy rolety, zobaczyliśmy 3 osoby schylone i w kompletnej ciszy sadzące ryż. Pani i 2 panów. Nie rozmawiali ze sobą, w zupełnym skupieniu, bez żadnych odgłosów zazwyczaj towarzyszącym schylaniu się. Sadzili.



Proces wyglądał następująco. Każdy z rolników brał średniej wielkości skrzynkę plastikową (plastikową, żeby pływała na wodzie stojącej na polu) i w szybkim tempie zapełniał ją pęczkami sadzonek, wcześniej przygotowanymi w „szkółce” w rogu każdego z pól. W wyznaczonym sektorze (widać tak między sobą podzielili teren działania) dzielił pęczki na indywidualne sadzonki. Sprawdzali ich jakość, a jeśli z któraś nie była dobra, to ją odrzucali do skrzynki. Momentalnie, tak aby żadna z nich nie uschła, rozpoczynali sadzenie w rzędach po 6sztuk. Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta i szósta. Tempo było niesamowite. Zero przerwy. Nikt się nie prostuje. Równo, miarowo, systematycznie. Powstają rzędy sadzonek, a między nimi 20 centymetrowe przerwy. Pola (jeden taras) mają ok. 350-400 metrów kwadratowych i były obsadzone przez te 3 osoby w mniej niż 1 godzinę. Tylko raz w ciągu godziny pozwalali sobie na krótką przerwę i łyk wody. Słońce, żar, ukrop. +32 stopnie w cieniu, a rolnicy sadzili.



Od czasu do czasu inni mieszkańcy wsi przychodzili i zagadywali. Nie wiem, czy to sadzili właściciele pól, czy wynajęci robotnicy, ale nikt kto przechodził obok nie pozostawał obojętnym. Nawet nasze panie sprzątające, nie przerywając swoje pracy i nie wpływając na tempo pracy rolników, kilka razy dopytywały się o to jak im idzie robota. A szła i to jak! Zostało jeszcze kilkadziesiąt tarasów we wsi.

Wokół basenu można było urządzić party. To taki nasz wniosek racjonalizatorski dla podniesienia atrakcyjności miejsca. Nasza wieś to kilka małych domów, które należą do wspólnoty. Współwłaściciele zatrudniają panów z security, panie sprzątające i robiące śniadania, panów ogrodników (ci to mają cały czas do roboty). Ale do tego jest też dzielona między wszystkimi infrastruktura, czyli mały ogród, parking i tzw. recepcja, w której i tak nikogo nie ma, bo nie ma takiej potrzeby.



Basen u nas jest ważny, bo można się zapoznać lepiej z często (ale chyba jednak rzadko) zmieniającymi się mieszkańcami. My jesteśmy tutaj najdłużej (oprócz oczywiście tych, co są właścicielami domów) wzbudzamy zainteresowanie nie tylko ze względu na kraj pochodzenia Holland-Poland, ale także na imiona. Ja właściwie już się poddałem i powiedziałem, że jak będzie ktoś miał potrzebę zawołania mnie to może spokojnie wybrać jakiekolwiek imię. Steve, John, Peter, Greg. W moim przypadku to nie ma absolutnie żadnego znaczenia! Jacek Amerykanom kojarzy się z grą o nazwie Jazzik, ale nie wiem na czym polega. Na basenie była ruda rodzina z Australii, pani artystka z Portland, Oregon (jak się przedstawiła), 2 dziewczyny – Azjatki (jedna Filipinko-Wietnamka – śliczna, druga Kazaszka) z Paryża i 3 amerykanów głośno śmiejących się (pan chyba jogin, ale panie na pewno nie). Jest to dość idiotyczne, jak w czasie lekkiej kąpieli – bo raczej nurkować się nie da, mocno zanurzeni w wodzie ludzie opowiadają sobie historię życia, po to tylko, żeby o niej za chwilę zapomnieć. Takie, typowo amerykańskie opowiadanie, pomaga oczywiście następnego dnia w zagadaniu do friends, ale często kończy to się na: „Jak się masz? Dobrze! A Ty? Też. No to super! Cześć i miłego dnia”. Jest to jakiś element pop kultury i trzeba to zaakceptować.” Po południu zauważyliśmy, że niektórzy tak lubią technologię, że zanurzeni w 8/10 potrafią korzystać z iPada2.

Wczorajszy lunch zaplanowaliśmy w miejscu, które odkryliśmy dzięki Fredowi Chesneau, podróżnikowi i kucharzowi, znanemu z programu Le Globe-Cooker z kuchnia.tv. To nasz ulubiony program, nie tylko, dlatego, że każdy odcinek dzieje się gdzieś w dalekim zakątku świata, ale także dlatego, że Fred z mocno trzęsącymi się rękoma próbuje wraz z ekspertami kuchni regionalnych coś ugotować. Czasami uczy się od lokalnych mistrzów, a innym razem, jak jest zachwycony miejscem, to za gościnę potrafi ugotować kilka dań, którymi jest w stanie wyżywić nawet sporą wieś. Kilka miesięcy temu oglądaliśmy odcinek właśnie z Ubud, w którym Fred uczestniczył w przygotowaniu pieczonych prosiaków.



Świnie przygotowywane już w nocy, wiele godzin przed świtem. Najpierw, wedle starego rytuały zabijane (przy czym, oczywiście strasznie kwiczą, i tego to się nie da oglądać), a chwilę potem są wzdłuż nadziewane na pal/rożno. Miałem wrażenie, że jeszcze „na żywca”. Fred miał problemy z nadzianiem prosiaka, bo właściwie z niego nie wyjęto wnętrzności nie dał rady ogromnym drewnianym młotem przebić zwierzęcia palem. Wiem, brzmi to strasznie, ale konsumpcja każdego zwierzęcia poprzedzona jest zazwyczaj rzezią. Rożno umieszcza się nad ogniskiem z drewna i i cały czas obraca i polewa mlekiem kokosowym z sekretnymi przyprawami. Bez przerwy rożno jest obracane, a prosiak polewany. Nie można pozwolić sobie na chwilę przerwy, bo skórka musi być chrupka i równomiernie upieczona. To największy przysmak. Pieczenie trwa ponad 6 godzin.

Potem sprzedawany w kilku kultowych miejscach. O godzinie 11:00 przy Ibu Oka (to jest nazwa kolejnego niesamowitego miejsca) jest już lekki tłumek, który z niecierpliwością czeka na pierwszą świeżo upieczoną świnię. Rodzina, która piecze prosiaki ma takie 3 miejsca w Ubud. Codziennie piecze się ich 8. Bar w centrum ma prawo do 3 z nich, które rozchodzą się w mniej niż 2 godziny. Przyszliśmy tutaj o 12:30 i załapaliśmy się już na „resztki”, czyli trudno było zobaczyć całe upieczone zwierzę. 3 panie stały jeszcze nad ogromna brytfanką i dzieliły delikatne mięso na niewielkie kawałeczki. Widać było, że musiało być dobrze upieczone, bo aż im się w rękach rozpływały po delikatnym muśnięciu.



Smak tej potrawy był absolutnie nieziemski. Łatwo napisać, gorzej opisać. W koszykach z palmy wyłożonych szarym dość grubym i woskowanym papierem nałożono nam sporo sypkiego i delikatnie kokosowego ryżu, a na to kilka większych kawałków prosiaka, do tego kawałek wnętrzności w kolorze głębokiego bordo, sałatkę z zielonych warzyw i coś, co okazało się „niebem w gębie”. Przebojem, ferią smaków, creme de la creme całej potrawy. Chrupka skórka. Złota, delikatna, cieniutka, krucha. Spełnienie marzeń smakosza. Smak jaki zapada na wiele lat. Jak oglądaliśmy Freda, to nie wierzyliśmy, że skórka może być aż taka pyszna. Tutaj była cudownie glazurowana, smakowała jak najbardziej wykwintne chipsy o delikatnym smaku midowo-kokosowo-bekonowym z lekką nutą dymu. Smak i zapach prosiaka nas zauroczył. Ibu Oka, jest bardzo lokalnym miejscem, ale sława jego jest globalna. Dzięki Fred! To kolejny powód, żeby kiedyś pochylić się nad kulinariamii.


Późnym wieczorem pojechaliśmy znów zanurzyć się w typowych balijskich klimatach. Być tutaj i nie napić się ice-tea oglądając piękne tarasy ryżowe, to jak być w Paryżu i nawet nie spojrzeć na wieżę Eiffla. Trochę zapomnieliśmy, że jest to kawałek drogi od Ubud. Po drodze mijaliśmy setki sklepów hurtowych ze znanymi z Indonezji pamiątkami. W sumie straszna komercja, dlatego też widok tarasów był bardzo oczekiwany. To niesamowite, że natura, z pomocą człowiek a może coś takiego stworzyć.

piątek, 4 listopada 2011

Leszek Balcerowicz i lekkie trzęsienie ziemi.


No tak mi się nie chcę dzisiaj pisać, że robiłem wszystko aby tego uniknąć. Przeglądnąłem nawet www.tvn24.pl i cieszę się, że nie muszę na żywo oglądać ponad 100 razy informacji o szczęśliwym lądowaniu na Okęciu, mgle w Gdańsku, frustracji żony kpt.Wrony, nowonarodzonym Ziobrze, sądzie kapturowym na czele z Karskim i Hoffmanem, Nergalu pozwanym przez Nowaka, fankach Biebera, które chcą ukatrupić matkę dziecka rzeczonego artysty (tak na Marginesie to w tym roku mogliśmy prawie oglądać go w największym shopping Mall w Manili tzw. Mall of Asia, ale jakoś nie skorzystaliśmy). Przeczytałem oczywiście o tragedii jaka dotknęła rozwodzącą się Kim Kardashian, ciąży pani Muchy i o tym, że Król nie ma czasu dla Żmudy-Trzebiatowskiej. Acha, dowiedziałem się także, że ten były premier Grecji Papandreu to jest właściwie Polakiem, bo pradziadek był Polakiem. Polak potrrrrrrafiiiii – jak mówi Antonio Banderas – doprowadzić do kryzysu w Europie.

Dobra, napiszę co tam u nas, bo żona mi jutro nie pozwoli zjeść świeżego mango. O, to byłaby straszna kara. Straszyła także, że odłączy mnie od statystyk bloga i nie będę wiedział, czy mnie ktoś w ogóle czyta. Widzę, że czytają, ale nie komentują za bardzo.

O 7:08 wybiegliśmy w podskokach z naszej chaty na polu ryżowym, (a propos, to spokojnie mógłbym mieć taką chatę na własność, ale brak mi jakiejś bogatej rodziny australijskiej, która chciałaby mi to zapisać w spadku), wskoczyliśmy do naszej bryczki w ciągu kilku minut znaleźliśmy się na targu.



Nie można nie zaliczyć takiego miejsca. Jakbym tak przeglądnął nasze wszystkie blogi, to pewnie w każdym z nich coś na temat targu jest. Bo w Ubud targ, to tak jak „hala targowa” w Gdyni, czyli tradycja pomieszana z teraźniejszością. Podobieństw jest kilka. Po pierwsze sprzedaje się owoce. U nas i tutaj lokalne. Podejrzewam, że jak przyjeżdżają Indonezyjczycy ze statków cumujących w porcie, to też biegają i oglądają nasze jabłka, śliwki, gruszki. Tutaj my biegaliśmy między wąskimi straganami, lub też przeciskaliśmy się między półśpiacymi handlarkami (no właśnie, warzywa sprzedawały TYLKO kobiety!!!???), wybierając mango (po 1,5PLN sztuka), rambutany, mangostany i, te nasze ulubione, małe banany.



Wyjście na targ to także dobry rekonesans, żeby zorientować się w kwestii zakupu przypraw, a w szczególności wanilii. Rozpoznanie zrobione, ci co zamówili, oczywiście dostaną swój udział! Została już tylko negocjacja. Targ był też podobny do hali w Gdyni bo sprzedawano mięso, ale stan sanitarny tych stoisk był taki, że lepiej nie mówić. Były stoiska z rybami.


Na hali obowiązkowo były „barki” z lokalnym jedzeniem i stoiska hurtowe. Nie widzieliśmy tutaj Selgrosa ani Makro (nie wykluczam, że są w Indonezji), tak wiec są stoiska, gdzie można kupować ilości hurtowe wszystkiego, czyli lokalnych chipsów, przekąsek, ciastek, herbatników, orzechów i czego dusza zapragnie. Indonezyjczycy cały czas coś podjadają, więc wybór jest spory. Teraz już wiem, gdzie jeździ właścicielka jednego z siedmiu sklepików w naszej wiosce na zakupy. Co ciekawe, u niej owoce są tańsze, niż jak kupowaliśmy na tym właśnie rynku. Pewnie zorientowali się, że nie jesteśmy „lokalni” i za każdym razem zawyżano nam cenę przynajmniej 2 razy, która i tak była ok. Prawa rynku. Nie żyje Leszek Balcerowicz!

U nas, to znaczy na polach spory ruch.



Przed nami są 3 pola. Każde z nich oddzielone od drugiego niewielkimi kilkudziesięciocentymetrowymi wałami, stanowiącymi miedze. Pola mają pewnie ok. 400 metrów kwadratowych każde i są położone na różnych, nieznacznych, wysokościach. Dzisiaj od samego rana 2 panów wyrównywało poziom ziemi. Nie pada od kilku dni, woda lekko opadła na polu, które mimo tego jest zanurzone, pewnie na 30-40 cm w wodzie. Ostatecznie ryż lubi rosnąć w wodzie. Czekam na ten moment, aż rozpocznie się sadzenie i zazdroszczę tym, którzy będą tutaj za kilka tygodni, jak to wszystko, co jest przed nami, będzie się zieleniło. Wygląda na to, że ten ryż sadzony przed naszym domem nie będzie wykorzystywany do sushi, ale tylko na lokalne potrzeby, co potwierdzili pytani rolnicy.

Wczoraj odkryliśmy inną część Ubud.



Jest jeszcze bardziej artystyczny zakątek z hotelami, których nie powstydziło by się Monaco, czy Monte Carlo. Hotele mocno osłonięte zielenią o niskiej zabudowie i typowej dla Indonezji architekturze. Niektóre z hoteli i restauracji mają tajemnicze ogrody. Widać szyk i elegancję. Samo centrum Ubud jest bardzo przyjazne z wielką ilością restauracji, które wciśnięte są między sklepy i punkty wymiany walut. W tej natomiast części miasta między restauracjami, które są ogromne, nawet wielopiętrowe, często z widokiem na cudownie rozłożone na wzgórzach tarasy pól ryżowych, są prawdziwe galerie sztuki. Sztuki przez większe niż w samym Ubudzie S. Za dwa dni, na koniec naszego pobytu wybieramy się do jednej z nich. Uprzedzono nas, że niektóre potrawy tradycyjnie przygotowywane na ceremonie rodzinne i świeta, trzeba zamawiać przynajmniej na 24 godziny wcześniej.


Oj, widzę, że wierszówka załatwiona;) Właśnie zatrzęsła się ziemia. 5,1 w skali Richtera, więc jest OK. Kilka wstrząsów wtórnych. Co dziennie gdzieś w Indonezji się trzęsie, więc wszyscy są na to przygotowani. My też.