poniedziałek, 31 października 2011

Cooking school - fotorelacja

Sprawdzilimy, zaispirowalimy się i zostalismy pysznie nakarmieni.Polecamy.
http://www.casalunabali.com/cooking-school/

Glodnych ostrzegamy, poniższe fotografie mogą pogorszyc samopoczucie.
Na zachętę, efekt końcowy.


Janet De Neefe (Kobieta Instytucja) pięknie opowiada o składnikach i czynosciach.




Narzedzie tortur - potrzebujemy do przyzadzenia pasty chilli.








Pasta chilli jeszcze nie jest gotowa. Juz za chwile "spotka sie" z ryba.




Janet czuwa nad przygotowaniami. Teraz czas na rybę w lisciach bananowca.












Druga ryba, z inna pasta chili, po podsmazeniu, zostala zalana mlekiem kokosowym...




...to bylo zdecydowanie najlepsze danie!


Do rybki, jeszcze .. salatka z marchewki i ogorka i ...


... szpinak (oczywiscie azjatycki), okraszony tomato sambal.






Pychota!

Mandi Lulur, czyli Boże Ciało w październiku.

Mieszkanie w niestandardowym miejscu, czyli nie w hotelu, a na eko farmie, ma swoje zalety. Jedną z nich jest spore oddalenie od miasta. To gwarantuję ciszę i sporą izolację od mnóstwa pokus takich jak bary czy też kluby jazzowe. Nie narzekamy, bo w przeciwieństwie do Kuty w Ubud wszystko jest na poziomie! Słychac Sarah Vaughn, Milesa Davisa, Sinatrę, Arethę Franklin. Drugą zaletą jest możliwość obcowania z naturą. Mieszkamy na polu ryżowym. W nocy mamy darmowy koncert. Niekoniecznie życzeń. Gra wszystko co może. Nawet nie jestem w stanie wymienić i wyobrazić sobie co to gram. Może nawet i lepiej, bo może to co gra nie zawsze wygląda najlepiej. Szkoda tylko, że właśnie zakończyły się zbiory i jeszcze nikt nie posadził nowy sadzonek, bo widok byłby przedni. Pewnie za kilka dni silna ekipa z naszej wioski wpadnie na pole i w ciągu kilu wszystko się zazieleni. Oby.

Rano o 08:03 dostaliśmy sms od Wayana, w którym informował nas o swojej dostępności w dniu dzisiejszym. Cieszymy się, ale na razie spędzamy czas mocno relaksacyjnie i nie mamy ochoty wyjeżdżać poza naszą wioskę. To się oczywiście zmieni, ale lepszy wolniejszy start i szybkie zakończenie niż odwrotnie. Po śniadaniu przygotowanym przez lokalna ludność zostaliśmy zablokowani. I to jak. Na prawie 3 godziny. Lało. Ale, jak lało. Dziwnie było obserwować samych siebie i nasze reakcje. Jak pamiętam, jak lało 2 lata temu, to wpadliśmy w lekką depresję. Tym razem stwierdziliśmy, że kiedyś przestanie lać. I przestało.

Telefon do Wayana i w 10 minut byliśmy w Ubudzie. Postanowiliśmy sprawdzić, jak się ma nasze ulubione towarzystwo joginów skupionych wokół kultowego miejsca (ale też komercyjnego, czego nie da się ukryć) zwanego Yoga Barn. To takie obowiązkowe miejsce dla wszystkich, którzy lubią jogę i dobre organiczne jedzenie. Ciekawe było dla mnie samo obserwowanie towarzystwa, które pojawia się w małej restauracji. Są to zawsze osoby „uduchowione”. Łatwo taką osobę poznać. Przede wszystkim mężczyźni i kobiety chodzą w tzw. szarawarach/sindbadach lub alladynkach. Kobiety mają topy na ramiączkach, natomiast panowie albo mocno obcisłe koszulki bawełniane z długim rękawem, lub ewentualnie granatowe koszule z długimi rękawami. Też bawełniane. Wszyscy siadają razem przy stołach i dyskutują na temat przeżyć związanych z właśnie odbytymi ćwiczeniami. Jeśli ktoś kończy swoje zajęcia wracając niedługo do świata zachodniego (lub wschodniego, czyli Australii) następuje dramatyczny moment pożegnania w tuż po lub też tuż przed zamówieniem ostatniego ekologicznego posiłku. I tutaj pojawiają się łzy. Ale także wszyscy przekazują sobie energię Ziemi. Następuje mocny uścisk ciał. Pewnie ze 3 minuty. Panie, albo przed albo już po napoju organicznym, czyli koktajlu z czegoś lub z czymś, tulą się do szczupłych panów. Szczupli panowie tulą się do, nie do końca szczupłych pań. Tulą się mówiąc zazwyczaj po australijsku, bo ci po niemiecku patrzą zazwyczaj z zazdrością. Tulą się tez po japońsku.

W takim miejscu łatwo zidentyfikować, że ktoś sam przychodzi na jogę. Panie, zazwyczaj oczywiście, notują swoje myśli w brulionach w kratkę pokrywając je okrągłymi literkami pisanymi dobrym długopisem. Panowie, natomiast, pozostają ze swoimi myślami sami. Zupełnie tak jak ja. Nie notują. Ewentualnie po kilku minutach wyczekiwania wyjmują swoje iPhone’y i iPad’y i coś tam sobie przeglądają. IPody nie są już w modzie.

Takie centrum jogi jest mocno ekologiczne – także z nazwy. Wszystkie warzywa są ekologiczne. A jakie kurcze mają być na Bali, oczywiście, że ekologiczne! Słomek nie dają, bo policzyli, że w ciągu miesiąca zużywają ich ponad 3,000 sztuk. Ciekawe tylko, że wszyscy nie bardzo martwią się o zużycie energii. Każdy przecież ma jakiś produkt Steva Jobs’a.
Najedliśmy się jak przysłowiowe bąki.

Ja z racji swojej nieukrywanej sympatii do producenta wzmacniającego aloesu postanowiłem napić się organicznego napoju właśnie z niego i 10 różnych rzeczy. Było to dobre, ale dodatkowo musiałem dosłodzić syropem trzcinowym, bo mnie nieco powykręcało. Magda zajadała się swoją miską zielonych, zdrowych, ekologicznych traw i innych sałat. Na mnie padło spróbować ekologicznych buraków. Były super, ale lekko za kwaśne.

Zadowoleni, że wpadliśmy do stodoły jogi wybraliśmy się do Zen Spa aby poprawić sobie pracę naczyń limfatycznych. Generalnie wolę jak mni panie masują tylko nogi. Bo to pobudza różne receptory. Uległem, raz na 2 lata można, i postanowiłem towarzyszyć Magdzie w zabiegu zwanym Mandi Lulur. Dwie panie zaprowadziły nas do dużego pokoju, gdzie w oknie 2x2 metry nie było szyb ani nawet rolet, tylko ogromny ogród z żywych kwiatów i roślin. Już mi się podobało! Następnie panie kazały się kompletnie rozebrać, czego nie przewidzieliśmy! I położyć na kozetkach. Tak jak nas Pan Bóg stworzył (dla tych co wierzą)! No lekko byliśmy okryci, ale jak to się później okazało, nie miało to żadnego znaczenia. I się zaczęło. Ponad 60 minut masażu. Pani masowała mnie wszędzie. Wszędzie to znaczy, prawie wszędzie. Pani nie była zbyt pruderyjna i jak trzeba było to wiedziała jak masować. Potem nasmarowała mnie peelingiem, i zdarła co miała zedrzeć. Miałem nawet nadzieję, że to koniec, ale nie. Po kilku chwilach wydała okrzyk: będzie zimno i chlusnęła na mnie jogurtem. Nie wiem tylko jakiej marki. Ale na pewno nie był to Danone. Nie lubię Danone.

Procedura oczyszczenia ciała miała się właśnie skończyć, gdy jednym ruchem pani zdarła z nas ręczniczki i kazała się wykąpać pod prysznicem. Jakoś zbytnio nie przejęła się naszym widokiem (czyli nie jest jeszcze tak źle) i zaprosiła nas do wanny. Było jak w czasie Bożego Ciała. Zostaliśmy obrzuceni 2 tonami płatków. Rozumiem, że kobietom to się podoba, ale ja już za taką rozrywkę dziękuję! Chyba, że moje ciało będę nazywać boskim, ewentualnie, bożym ciałem. To wtedy, zupełnie inna sprawa.

Ubud jest świątynią jedzenia.

Nie spotkałem innego miejsca na świecie, gdzie na obszarze tak małym byłaby taka różnorodność kuchni. Na koniec dnia stwierdziliśmy, że podoba nam się nowe miejsce, które miało styl skandynawski z lat 90. Jedzenie było boskie! Absolutnie niesamowicie świeży tuńczyk. Cudnie.


Jeszcze tylko partia scrabbli… Jutro szkoła gotowania i może wreszcie namówię Magdę na robienie zdjęć. Kiedyś pewnie zaczniemy coś zwiedzać. Ale po co, jak nam tutaj dobrze;)

niedziela, 30 października 2011

Shut up, czyli żona w akcji, inkasentka i sprzedawca.

Noc mojej żonie upłynęła upiornie. Ja spałem po podróży ja zabity, natomiast Magda zmagała się z demonami mieszkającymi koło nas. Z relacji wynika, ja byłem wszystkiego nieświadomy. Grupa Malezyjczyków mieszkająca w pokoju 3113, czyli obok, zabalowała. I to jak! Panowie w liczbie 4 razy przekraczającej ilość łóżek w pokoju wypili znaczne ilości alkoholu lokalnego (tutaj wszyscy piją whiskey), po czym zdecydowali się regularnie korzystać z toalety wydając przy tym różne głośne, ryczące, wyjące i nieprzyzwoite dźwięki. Wszystko podobno było dobrze słychać, bo jakimś trafem dostaliśmy pokój, który miał „drzwi” łączone do pokoju naszych cudownych sąsiadów. To prawie tak jakbyśmy dzielili jeden pokój. Rano obudziło mnie szarpanie żony. Już chwilę później widziałem swoją, niezwykle spokojną żonę, okładającą oburącz wspomniane wcześniej drzwi i mocno podniesionym głosem krzyczącą: Shut up! Shuuuut up! Shuuuuuuuuuut up!. Ja byłem w lekkim letargu, ale przerażony tym, że i mi się oberwie posłusznie wykonałem komendę: dzwoń do recepcji, niech oni przestaną rzygać!- wykrzyknęła żona. Jako, że na takie sprawy, z racji swojej wrodzonej choroby morskiej jestem mocno wrażliwy, nie zastanawiając się długo wcisnąłem przycisk 2. Odezwała się recepcjonistka, która miłym głosem: good morning, how can I help you - zwróciła się do mnie. Good morning Mr.Slawomir – powtórzyła, spoglądając na rozpiskę hotelową. No to się szybko obudziłem! Od razu skojarzyło mi się, że albo rozmawiam z policjantką (w Polsce zazwyczaj policjant lub policjantka mówią do mnie: no panie Sławomirze, gdzie się pan tak śpieszył, wręczając mandat o nominale 200 pln) lub z urzędem skarbowym: panie Sławku, a tutaj brakuje pana podpisu, bardzo prosimy o przybycie do urzędu w celu złożenia podpisu. Tym samy już na początku pani była na straconej pozycji. My też, ale w innym zupełnie kontekście. Jakoś chyba nie dość dokładnie byłem w stanie opowiedzieć o co chodzi, bo z się dość mocno zdziwiła, że aż tyle osób w pokoju obok mieszka. Nie wiem, czy legalnie, czy nielegalnie. Miały być 2 osoby, a było pewnie 8 lub 10. Poradziła mi, żebym może sam zainterweniował. Wdziałem więc piękny szlafroczek hotelowy i nieśmiało walnąłem w drzwi, ale już te wejściowe. Jakoś mnie nie usłyszeli i nie zauważyli. Wykonałem cios na drzwi a la Bruce Lee – ale nie był moim idolem i w dodatku tylko raz w kinie Warszawa widziałem „Wejście smoka”, co się odbiło na jakości mojego performance. Po wyważeniu (ok. uchyleniu) drzwi ukazała mi się grupa zadowolonych. Właśnie trzeźwiących Malezyjczyków. Popatrzyła nam mnie jak na Zobie i powiedzieli, że oni kończą imprezę na 20 minut, i że mnie pozdrawiają. Dobrze, że nie przetrenowali na mnie swoich umiejętności nabytych w praktyce, po oglądnięciu 27 razy „Wejścia smoka” na ekranie w Kuala Lumpur. Ja w kompletnym sennym zamroczeniu nie bardzo wiedziałem, co do mnie mówią, ale postanowiłem się oddalić. Na koniec pani w recepcji, tuż przed wyjazdem zapytała mnie czy podobał nam się pobyt i że zaprasza kolejny raz. No to się zdziwi.

A dlaczego się tak mi dobrze spało? Sprawa prosta i nieskomplikowana. Zaczęliśmy testowanie dostępnych masaży. Wczoraj na tyle byliśmy późno, że musieliśmy iść „na ulicę”. Nie w niecnym celu, tylko, żeby znaleźć „massage place”. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, więc niedaleko, i tak zapoznaliśmy się z Inkasentką. Rola inkasentki jest ważna. Polega na zainkasowaniu opłaty za usługę. Pani inkasentka była oryginalna. Lubimy ludzi oryginalnych. Był to typ tzw. blondyny. Blondyna miała pięknie ufarbowane włosy (oj tak, oj tam – trochę odrostów i źle nałożonej farby kilka miesięcy temu), niesamowicie czerwone, zmysłowe usta, krótką spodniczkę w kolorze różowym (bardzo krótka, może aż za bardzo!). Do tego czarne rajstopy i buty na obcasach – pewnie 12 cm. Zważywszy, że była to już prawie 23:30, inkasentka spokojnie mogłaby także zająć się inną pracą. Niekoniecznie po godzinach. Nasz salon masażu był piękny. Lubimy też piękne miejsca! Najbardziej ujęły nas kolory. Były piękne. Różne odcienie zieleni. Usadzono nas obok naszych nowych koleżanek z Singapuru, które też przyszły się pomasować. Fotele obite lekko zużytym skajem, takim już poprzecieranym z fragmentami gąbki na wierzchu. Fotele były piękne bo czarne. Na ścianie płaskorzeźby przedstawiające sceny religijne w dodatku obłożone folią przezroczystą. Pięknie i w dodatku bezpiecznie dla zabytków. Zabezpieczone tak aby się nie zniszczyło. W rogu telewizor Sharp z lat’90. Takie klimaty jakie lubimy, chociaż w ostatnim okresie preferujemy lata 70-te.

Panie znów zaczęły oglądać nasze nogi. Oczywiście wszystkie zazdrościły Magdzie koloru skóry. Ale po jakimś czasie chyba mi też czegoś zazdrościły bo chodziły sobie 4 masażystki i moje nogi dotykały. Jedna, co mnie masowała, zapytała czy ma lekko, czy może mocno, mnie masować. Powiedziałem, że mocno. No to kobitka po 20 minutach wymiękła, a później kolejna. Dzieła dokończyła dopiero 3. Ja im się nie dziwię. Było dobrze po północy, a one pewnie masowały od ósmej rano. Ale w takim razie po co pytały? Customer service.
Po śniadaniu czekał na nas wysłannik Wayana. Tutaj każdy najstarszy syn to Wayan. Wysłannik Wayana, który zarządza wioską Eko, też miał na imię Wayan. Facet, przepraszam, że tak jego nazwę, ma umiejętności handlowca! Przez ponad 60 minut jazdy nie tylko nie zamknęła mu się buzia, ale także załatwił nam kupno karty sim, wybrał szczęśliwy numer telefonu, sprawdził czy wszystko działa. A jak okazało się, że nie, to nakrzyczał(co tutaj akurat się nie zdarza) na młodą matkę z dzieckiem w punkcie sprzedaży kart, że chciała nas oszukać, dał swoją kartę i powiedział, że tutaj gdzie mieszkamy, to każdy z jego usług korzysta. Stach się bać, co będzie jak coś od niego kupimy!

Lekko nas Wayan wkurzył, wysyłając do nas sms z zapytaniem, czy już jedziemy do „centrum” Ubud, a potem jak jedliśmy kolację, to o której kończymy. Sprzedawał, sprzedawał i sprzedawał swoje usługi. Zobaczymy, czy damy rade z nim wytrzymać. Wątpię.
A w Ubud pięknie! Nie chcemy, żeby to był tzw. powrót o przeszłości, ale daliśmy sobie czas 1-2 dni na to, żeby trochę odświeżyć pamięć o restauracjach i miejscach, gdzie wcześniej byliśmy. Była już sałatka z kurczakiem z mango na ostro (to przeszłość), cukiernia z ciastkiem kruchym wypełnionym dżemem z papaji i pokrytym cudowną lekką bezą (przeszłość), a na koniec dnia japońska restauracja, kilkadziesiąt metrów od głównej drogi z ekologiczną żywnością (nowość). Jak zacząłem pisać, zaczęło padać (przeszłość).

Podróżowanie do.

Obiecałem sobie, że nie będę miał zaległości i będę pisać na bieżąco. Nie mam zamiaru użalać się nad sobą, bo przecież największa uciecha jest nie w trakcie pisania i pobytu na miejscu, ale właśnie później. Po kilku miesiącach, czy latach, jak można wrócić do wspomnień. A że jesteśmy narodem „historycznym” i wolimy żyć przeszłością, to pisanie bloga idealnie wpisuje się w nurt. Oczywiście, na szczęście nie każdy wierzy w ten właśnie nurt.

Jesteśmy na miejscu. 21 godzin od wyjścia z domu i szynki check-in do hotelu. Podróż niczym nie różniła się od poprzednich. O, może tylko pewnymi obserwacjami z lotniska i samolotu. Przyrzekłem Magdzie, że się niczemu nie będę dziwić. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zauważył „pewnych” interesujących zmian, ludzi lub też sytuacji. Pierwsza moja obserwacja dotyczy lotniska w Gdańsku. Już 18 miesięcy człowiek bywa znacznie rzadziej na lotnisku, a tutaj inny świat. Nawet nie wiem jakbym dojeżdżał do swojej byłej pracy … bo drogę przeniesiono i jednocześnie wybudowano nowe parkingi i cała bryła nowego lotniska jest skończona. Przy najmniej z zewnątrz jesteśmy gotowi na Euro2012. Wygląda to fantastycznie i pewnie następny blog będę zaczynać od tego, że na lotnisku w Gdańsku to się dzieje. Oj dzieje. Dzieje się także w samej hali odlotów. Tylko w czasach wczesnego Wizzair-u (czyli 2005 rok) widziałem takie tłumy w samej hali odlotów. Wtedy wyglądałem dość komicznie, bo jeden z niewielu w garniturku do Londynu. Jak sobie przypomnę, że nie można było nawet się niczego napić, to teraz te 2 min bary wyglądają ze swoją ofertą imponująco. Nawet sklep Baltony (wszyscy wiedzą, że Mama obiecała mi ponad 25 lat temu, że jak się będę uczyć to będę pracować w Baltonie!) mam inną obsługę. Pani w żółtej koszuli już nie pracuje. A szkoda, bo ludzie tworzą tradycję.

Lot do Frankfurtu został przez nas nawet niezauważony. Może nie do końca, bo koło nas siedziało 2 młodych biznesmenów (pewnie informatyków, ale krótko ostrzyżonych), którzy zapragnęli się dodatkowo napić. Widać było, że rozmowa im się układa. Chcieli zastosować zasadę, że „najłatwiej to się napić za służbowe pieniądze”, którą to tak często przypominano mi w czasach odległych. Nie rozumiem dlaczego, bo w pracy nikt nigdy nie widział mnie pijącego jakikolwiek trunek. Z wyjątkiem pożegnania, oczywiście. Nie wiem jak się panom udało przekonać stewardesę do przyniesienia 6 piw. Niemieckich oczywiście. Wydaję mi się, że jeden z nich rozmawiał w języku Goethego. Zawsze twierdziłem, że znajomość języków obcych może się przydać. Wysiadając z samolotu mieli mocno słabe nogi i, jako ostatni, dość chwiejnie doszli do autobusu. Przynajmniej nie awanturowali się. Wszyscy ze współczuciem spoglądali na naszych gdańskich informatyków. Ci z Gdyni piją wino.

W samolocie do Sinagpuru, nudy. Nudy. Nudy. Nudy. No nie w sensie braku rozrywki. Tylko nic się takiego szczególnego nie działo. Ani nikt nas nie porwał, ani nikt nikogo nie znieważył. Ale było kilka interesujących postaci. Jedną z nich była Amerykanka, która z USA leciała do Singapuru w celu odwiedzenia syna, ktry był najprawdopodobniej człowiekiem sukcesu, bo zapłacił za bilet mamy i taty. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że tuż przed odlotem, jak pani zorientowała się, że jest jedno „lepsze” miejsce, zawołała stewardesę i powiedziała, głosem nieznoszącym sprzeciwu, że ona to się właściwie panicznie boi latać i żąda przesadzenia ją do innego miejsca w samolocie, albo wysiądzie. Personel Lufhtansy jest na tym punkcie, czyli osób panicznie bojących się latać dość wyczulony, o czym mogliśmy się przekonać wiele lat temu w Rumunii, jak została przerwana procedura odlotu z powodu pana, który był mesjaszem i wzywał do opamiętania się. Pani jednak się nie opamiętała (ale w zupełnie innej oczywiście kwestii) i kilka razy wzywała różne stewardesy. Dostała co chciała, a my ochłonęliśmy. Szczęściem dla pani było zajęcie miejsce dla 2 osób z możliwością pełnego rozłożenia się na fotelach. Biznes klasa w klasie ekonomicznej. Jakoś w trakcie lotu była spokojna a pod jego koniec to już nawet ze wszystkim się zaprzyjaźniła. Aktorka ze spalonego teatru, czy co?

Inną postacią była pan. Duży pan, który po porannej toalecie zapomniał zapiąć paska. A ponieważ pan był duży, zapragnął na swoje duże nogi założyć duże buty. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, bo każdy może być duży, gdyby nie to, że połowa samolotu wpadła w osłupienie oglądając nie dość zabezpieczoną gołą „d”. Sorry, że o tym piszę, ale najbardziej oburzone były na dużego pana, inne duże panie. Nawet w niewybredny sposób skomentowały to zajście. Powtórzyło się to 2 razy – duży pan miał do założenia 2 buty. Mruki, cmokania, śmiechy towarzyszyły zmianie każdego z nich. Po godzinie duży pan zdecydował zmienić buty.

Nasz towarzysz, czyli 3 osoba w rzędzie, też był niezwykły. W ciągu 12 godzin lotu, ani razu nie wstał. Nie poruszył się, nie chciał wyjść do toalety. Nie zdjął też butów. Ale to dobrze, bo potem nie miał problemu ich włożyć. I tak chyba by nie miał, bo był chudy i wyglądał jak lekko niedożywiony były komandos.

Przeżyliśmy trudne chwile. Jeśli oczywiście można by je tak nazwać. Trwały one 10 minut. Były związane z brakiem jednej z nadanych w Gdańsku toreb. Teraz musze ujawnić naszą tajemnicę. Pierwszy raz w ciągu tych kilkunastu lat pojechaliśmy bez plecaków. Wiem. Może to obciach, ale tym razem jesteśmy w 2 miejscach i nie mamy potrzeby ciągłego przemieszczania się. Uff, przyznanie się poszło łatwo. W Singapurze jedna z toreb została przez nas nierozpoznana, więc czekaliśmy dobrą chwilę aby zorientować się w końcu – że „mamy ją”. Szybko przemieściliśmy się do terminalu 1 i już mogliśmy się odprawiać do Denpasar.

Robiłem w „lataniu”, ale za każdym razem jak jestem w Azji to nie mogę nadziwić się jak to wszystko działa i jest zorganizowane. Narodowy przewoźnik w Polsce ma kilkadziesiąt maszyn w tym mnóstwo starych ATR, podczas gdy tania linia lotnicza z Australii ma ich 127. I wszystkie nowe. Zapisali się nawet na Dreamilery Boeinga w ilości 5 sztuk, tak na początek. Ale co tam ja się wymądrzam na temat lotnictwa. Czekając na boarding spotkaliśmy 2 dorosłych i dziecko (chłopiec, pewnie 11-12 lat) z Polski. Pan okazał się wybitnym specjalistą od lotnictwa cywilnego. Objaśnieniom dotyczącym procedur lotniskowych nie było końca. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że pan jest wujkiem. Sam wiem, ze swojego ostatniego doświadczenia, że wujek musi wiedzieć wszystko a nawet więcej. Pan podzielił się ze swoim „przyszywanym” synkiem wiedzą na temat: firm handlingowych na lotniskach w europie, a także konieczności likwidacji monopolu, opowiadał także o procedurach boardingu (które są inne w Europie niż w Azji), check-in (który jest ważny ze względu bezpieczeństwa pasażerów). Był specjalistą także od wybierania miejsc w samolocie. Dobrze się czułem w towarzystwie wujka, mimo tego, że siedział 2 rzędy przed nami. Okazało się, że wybrałem najlepsze miejsca, których wujek wybrać już nie mógł. Bo były zajęte. Na razie nie wiemy, gdzie jest pan wujek, ale jak go spotkamy to zagadamy o sprawy lotnicze.

No i jesteśmy w Denpasar. Jakoś tak tutaj znajomo. Nawet porter na lotnisku porzucił nasze bagaże, bo stwierdził, że my to chyba pomocy nie potrzebujemy. Szybki dojazd do hotelu w Kuta (ale tylko na nocleg, żeby nie jechać kolejnych 1,5 godziny do Ubud). Kolacji nie udało nam się zjeść w hotelu, bo chyba już było za późno. Ale jak tu nie zacząć pobytu w Indonezji od typowo azjatyckiej potrawy czyli satay. Przy hotelu stał pan z budką na kole rowerowym. Kolejka na dobre 20 minut. Widać, że warto, bo byliśmy 6. Niestety nie dawał numerów, trzeba było pilnować kolejki. Na niewielkim palenisku opalanym pewnie węglem drzewnym i liśćmi bananowca, pan piekł w pełnym dymie satay, czyli niewielkie kawałeczki kurczaka na drewnianych patyczkach. Zestaw to było 10 sztuk, a do tego pieczony w bananie ryż, lekko słodki. To wszystko zapakowane w gustowny szary papierek na którym wcześniej „rozmazano” różne sosy w tym oczywiście orzechowy. I tak około północy, siedzieliśmy na małej uliczce w Kuta, jedząc i siedząc na plastikowym zydelku coś, co zawsze kojarzy nam się z Azją. I po to właśnie tutaj wróciliśmy. Jutro rano do Ubud! Znów będzie padało?

czwartek, 27 października 2011

Niby nic. Powrót do Indonezji.

Właśnie sprawdziłem pogodę na miejscu. Niby +31C w dzień i +25C w nocy. Niby robi różnicę. Wczoraj, wertując strony lokalne sprawdziłem, że w tym roku, zupełnie wyjątkowo, pora monsunowa się zmieniła. Niby nieznacznie, ale zawsze. Niby tylko na północy wyspy, ale my będziemy niedaleko. Niby mamy technikę na wyciągnięcie ręki (czyli komputer) ale jak znam życie to dopiero na miejscu okaże się, czy ta pora to się przesunęła, czy tylko tak na niby. Tak żeby nas zdenerwować. Monsun to przed wszystkim wiatr z lekkim dodatkiem deszczu. Zazwyczaj w tamtej części wiata mokrego. Niby wiemy jak się do tego przygotować. Czarne petelrynki mamy spakowane. Znów zrobimy furorę, bo zazwyczaj deszczowe są przezroczyste. Niby wyprodukowane w Azji, a zawsze wzbudzają zainteresowanie.
Oj, ale znów to NIBY. Niby, już widzieliśmy wszystko na Bali, ale jak popatrzyliśmy na mapę, pogrzebaliśmy na youtube, to okazało się, że nie. A przynajmniej nie do końca. Jak dobrze pamiętam, a nie chce mi się zupełnie sprawdzać na blogu. To 2 lata temu 2 z 5 dni padało. To nas mocno martwiło, ale tez wyzwoliło w nas chęć działania w deszczu. Ok., zajęło to 24 godziny jak się przyzwyczailiśmy, ale daliśmy radę. Chodzenie w ciepłym deszczu może być nawet romantyczne, wpadanie do restauracji, gdzie wyglądaliśmy jak zmoknięte lokalne „kury” może wywołać zainteresowanie gości i obsługi, a tym samym darmową herbatkę, wizyta w tzw. Fish Spa (liczę na to znów) może być bardzo podobna do tego, co dzieje się na, zewnątrz. Mokra. Ale przy najmniej nogi będziemy mieli obmyte i pięknie odnowione. Nie wiem tylko, czy nasi lekarze pozwoliliby na to.
Następny wpis, będzie już pewnie dotyczył podróży. Teraz wszystko spakowane i następuje moment ostatnich, niby mało znaczących przygotowań. To „niby” mnie wczoraj rozłożyło na łopatki. To ostatnie przypominanie sobie, że może jednak coś trzeba dokupić, albo załatwić, albo wysłać, albo nadać. Zamiast luzu w przygotowaniach coś zawsze dodatkowo, niby zupełnie nie wiadomo skąd pojawiają się niby nic nieznaczące zadania, wyznaczane przez współpodróżniczkę.
Damy radę. Indonezja czeka. My czekamy. NIBY tam już byliśmy. Wracamy nie na niby.

środa, 4 listopada 2009

Po powrocie

Mielismy plan umieszczac krótkie filmy. Niestety uploadowanie w kawiarenach internetowych nie wchodzilo w grę, musielibysmy chyba tam spac. W domu idzie blykawicznie, tylko jakos czasu brakuje...

Tu Kecak Dance, zapraszam do rzucenia okiem

sobota, 10 października 2009

Jakarta - Wylot do Frankfurtu

Jeszcze tylko 2 godziny i bedziemy w samolocie do Singapuru, gdzie po 1 godzinnej przerwie polecimy tym samym samoltem do Frankfurtu.
Ja mam juz wszystkie karty boardnigowe, jest jakis problem z Magdusi boardingiem do GDN. Zobaczymy, co zrobi Lufthansa!

Jutro juz w DOMU!!!

Denpasar - Ostatni dzien na Bali

Przylecielismy do Denpsar dosc wczesnie rano. Niestety nie moglismy zajac naszego pokoju, hotel byl jescze mocno oblozony. Postanowilismy zostawic nasze bagaze i przejechac sie do jakiegos centrum, aby zjesc sniadanie.

To chyba byl blad. 2 miejsca, do ktorych nas wyslano zupelnie nie przypadly nam do gustu. Nie poddalismy sie i przeszlismy przez lokalne bazarki w celu poszukiwania jakiejs okazji.
I zrobilo nam sie milo.
Dobrze, ze wiekszosc czasu na Bali spedzilismy jednak w Ubud, bo tam byla prawdziwa atmosfera "mistycznej i uduchowionej" wyspy. Tutaj w Denpasar, jak powiedziala zona, jest troszke jak w Jastrzebiej Gorze. Nie mamy nic przeciwko Jastrzebiej Gorze, ale nie da sie jej porownac np. do Kazimierza (Ubud).
Juz wczesniej obiecalem Magdzie, ze w Kucie, ktora jest kultowym miejscem dla sufrerow z Australii, bedzie miala szanse popatrzec sobie na plywajacych na deskach "plaskobrzuchowcow". Nie dotrzymalem jednak obietnicy. Na naszej plazy przy hotelu, byli surferzy, ale wszyscy wygladali na emerytow-surferow, ktorzy czasy swietnosci mieli juz dawno za soba. Mimo wszystko lubimy emerytow!

Zaszylismy sie w hotelu. Tutaj poczulismy, ze mozna miec prawdziwy urlop nieruszajac sie z jednego miejsca. Ale tez zadalismy sobie pytanie, ile dni wytrzymalibysmy tylko siedzac w hotelowym basenie i doswiadczajac hotelowej kuchi. Zgodnie stwierdzilismy, ze maksymalnie 3 dni! Musimy jednak przyznac, ze ten hotel mial wysmienita restauracje, tak wiec zamiast ogladac emerytow-surferow dumnie wciagajacych brzuchy i chodzacych po Baruna Beach, oddalismy sie uciechom kulinarnym!

Szybkie pakowanie... czas jutro wracac do domu!!!!

Pytanie 19
Gdzie powinnismy pojechac w przyszlym roku?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

Lombok - Czas oddac sie uciechom

Po traumie zwiazanej z powrotem z Gilli postanowilsmy, ze tego dnia, ktory byl zreszta naszym ostatnim dniem na Lombok, nigdzie sie nie ruszamy. Bylo jednak kilka opcji, ktore nas kusily. A to moze zobaczymy jeszcze wulkan na polnocy wyspu, a moze wybierzemy sie do kolejnego "centrum garncarstwa" i wreszcie sobie kupie skorupe, a moze po prostu powloczymy sie po wyspie i poogladamy zachod slonca.
Zadna z tych opcji mi nie odpowiadala. Nie mialem ochoty katowac sie w samochodzie (mialem cocculine, ale perspektywa kolejnego kiwania mi nie odpowiadala), skorupe postanowilem sobie podarowac (zawsze moge cos kupic z przeceny w Almi Decor), a zachodow slonca to mam po dziurki w nosie po zeszlorocznej wyprawie.

Po krotkiej dyspusji padlo na "odnowe biologiczna". Dla ducha robilismy wiele w czasie tej wyprawy, a sfera ciala pozostala jeszcze lekko zaniedbana. No moze przesadzam, bo kilkanascie razy mielismy okazje doznac swietnych, w wiekszosci przypadkow, masazy. W ogole, jest to ta czesc podrozy, ktora zawsze nas fascynuje i z checia odddajemy sie roznym zabiegom masazu. Ja poddawalem sie wylacznie refleksologii, ktora tutaj w Azji ma rozne oblicza. Jakbym ktos mnie zapytal, ktore masaze stop zapadly mi najbardziej w pamieci to na pewno w Luang Prabang w Laosie i w Pekinie. Nie bede wdawac sie w szczegoly, ale oba wyroznialy sie nie tylko miejscem gdzie byly wykonywane, ale takze zastosowana technika. W Indonezji tez mielismy kilka bardzo milych niespodzianek, i to wcale nie w jakichs luksusowych miejscach. Musze jednak przyznac, ze tutaj to jest glownie masaz skoncentrowany na nogach a nie na stopach. Ale jak juz terapetka koncentruje sie na stopach, to jest to niezwykle przezycie!

Tym razem Magdusia wybrala na prawde przyjemne miejsce, w malym spa w pobliskim hotelu. Ja zgodzilem sie na masaz stop. Okazalo sie jednak, po 10 minutach wypytywania, ze zaproponowano nam 2,5 godziny tzw. treatment-u. 2 w cenie 1. Jak mozna bylo z tego nie skorzystac. Pelen obaw zgodzilem sie na to "cudo". Nie do konca wiedzialem co sie bedzie dzialo, ale powiedzialem sobie, ze jakby bylo cos nie tak, to przeciez moge uciec!
Na poczatku okazalo sie to lekko traumatycznym, dla faceta, przezyciem. Masazysci kazali nam sie rozebrac i wdziac w siebie jednorazowe GATKI. Matko Bosko! Nigdy nie slyszalem o jednorazowych gatkach dla facetow. Jak je zobaczylem, to sie poplakalem ze smiechu. Wdzialem to cudo. Lekko czulem sie nieswojo, ale bylem pod czujna opieka zony, ktora przeciez wiec, co i jak! Zalozylem sarong. Potem "poddalem sie" masazyscie. Tutaj na Lomboku przewazaja muzulmanie, tak wiec mi byl przeznaczony drobny masazysta, ktory spokojnie moglby zaspiewac : I've got the power!

Przez kolejne 2,5 godziny robiono ze mna wszystko. Masowano, wykrzywiano, uciskano, przygniatano, ugniatano, wyciagano. Poddano mnie takze serii skomplikowanych scrub-ow, nacieran. Nakladano jakies mikstury i kazano wdychac olejki. Lekko dziwne uczucie, bo dotychczas w takich miejscach robiono mi tylko masaz stop, ale nie powiem, ze nie bylo przyjemnie. Kazano nam nawet wykapac sie w mleku. To juz jednak bylo dla mnie zbyt wiele, wiec zakonczylem swoj zabieg uciekajac z wanny.
Magdusia byla bardzo zadowolona, ze mnie namowila. Mi tez sie podobalo, gdyby tylko masowala mnie jakas mila dziewczyna, moglbym dodatkowo wspominac takze inne odczucia:)

Wieczor poswiecilismy wlasciwie na pakowanie, pozegnalna kolacje nad oceanem. Rano czekala nas poranna pobudka i szybkie przemieszczenie sie z Lombok na Bali. Samolotem 23 minuty. Nie lecielismy juz MerpatiTam mielismy juz zakonczyc nasza podroz.

Pytanie 18
Jaki, typowy dla Azji, skladnik zawieral pilling?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

czwartek, 8 października 2009

Gili - You didn't ask about the weather

Wlasciwie chcialem odmowic opisu tego dnia. Robilem wszystko, aby Magda przejela paleczke i napisala o cudownej wyprawie na jedna z trzech wysp Gili. Jednak okolicznosci zmusily mnie do wyluskania z siebie odrobiny energii. Zobaczymy jak mi pojdzie.

A wszystko zaczelo sie zupelnie niewinnie. Pierwszego dnia, jak tylko rano poszlismy sobie na spacer po plazy (o tym pisalem) zostalismy zaatakowani przez plazowe biura podrozy. Biura podrozy, czyli po prostu wlascicieli lodek, ktorzy czyhali na turystow. Sprawa normalna i zrozumiala. Niczemu sie nie dziwilismy, i po kilka namowach uleglismy i zatrzymalismy sie na rozmowe z pierwszym "kapitane". Nazwijmy go Ali. Czulismy ze chce nas naciagnac. Nie byl zbyt przyjemny, wzrok mial lekko metny. Gadal jak najety czym nas dos mocno zdenerwowal. Przeszlismy kolejne 50 metrow i podszedl do nas kolejny "kapitan". Nazwijmy do Mohadan. Wygladal sympatycznie, cene podal bardziej realna. Polecial do swojej lodki i zapisal nam swoj numer telefonu. Nie byl zbyt nachalny, czym nas ujal. Tak bylo w poniedzialek. Rano.
Po poludniu uzgodnilismy wycieczke do Sasakow z Adi, wiec we wtorek wyruszlismy na lad. Morze pozostawilismy sobie na srode. Jescze we wtorek rano napisalem sms do Mohada'a. ze gdyby chcial nas zawiesc na Gilli to jest OK. Nieodezwal sie do srody. Szkoda, bo takim sposobem bizes z nami zrobil Adi.

W srode rano znow musielismy sie zwlec dosc wczesniej. Umowilismy sie na lodki na 08:30. Przejechalismy samochodem 50 m (Adi nas przywiozl z hotelu!!!) i dumnie zapakowalismy sie na lodke typowa dla Lomboku, z 3 balastami. Wygladala i byla bardzo bezpieczna. Na samym poczatku oczarowalu nas widoki. Morze spokojne, niebo bezchmurne. Lekki wiatr. Sama przyjemnosc. Nawet sobie zartowalismy, ze co to za rejs. Zaczelo lekko nami szarpac i rzycac mniej wiecej po 45 minutach rejsu, ale persypektywa zobaczenia slynnych wysp Gilli nas lekko uspokoila. Czytalismy, ze niektorzy smialkowie ignoruja tutejsze prady morskie i probuja plynac wplaw, ale wiedzielismy ze jest to niebezpieczne.



Zanim doplynelismy do Gilli zobaczylismy fantastyczny widok. Kilkaset metrow do snorkelowania i dziesiatki osob ogladajacych ryby, rafe...i co tak jeszcz morze stworzylo. Po wyladowaniu na brzegu uzgodnilismy nas powrot. Wynajelismy rowery i pojechalismy na kilka godzin wokol wyspy. Widok byl nieziemski. Czysta woda, puste plaze, setki kilogramow obumarlej rafy kolarowej. Cisza i spokoj. Z wyjatkiem tzw. cetralnej czesci wyspy skupiajacej sie wokol mariny i przystani speedboatow. Tam bylo kilkadziesiat malych, uroczych kafejek, w ktorych mozna bylo nie tylko sie czegos napic, ale takze dobrze zjesc. Nasza "wyprawa" rowerowa nie byla czyms niezwykly. Na tej wyspie nie ma innego transportu niz rowerowy czy tez konny. Brak jest samochodow, motorynek czy tez skuterow, tak wiec mozecie sobie wyobrazic, ze wygladalo jak w raju.





I jest jak w raju!

Mnie oczywiscie denerwowal widok tych wszystkich mlodych i pieknych ludzi, ale jak to powiedziala moja zona: oni sa 25 lat ode mnie mlodsi i w ich wieku tez tak wygladalem. Hmmm, hmm. Chyba Magda mnie nie znala wtedy, ale nie wygladalem ani na szczupla blondynke, ani tez na szczyplego i wysportowanego surfera z blond wlosami do ramion.
My tez sobie po snorkelowalismy i po szybkim lunchu o 15:00 zaczelismy nasz podroz powrotna.

Mieszkajac blisko morza mam pewne wyobrazenie o morzu i plywaniu po nim. Juz po wejsciu na lodke cos nam nie pasowalo. Nasz "baldachim", ktory mial nas chronic od slonca zostal zwiniety. Nasze plecaki zostaly przesuniete do przodu. "Kapitan" i "kotwicowy" usiedli z tylu. Nawet zazartowalismy sobie, ze jest super. Za godzine bedziemy juz na miejscu.
Po 30 sekundach sie zaczelo. Zaczelo i nie chcialo skonczyc przez kolejne 2 godziny, zamiast 1! Burza, sztorm, bujanie, nawanica. Kiwalo STRASZNIE i bez przerwy. Kapitan mial problemy z prowadzeniem lodzi, a wiatr tylko sie wzmagal i wzmagal. Czegos takieg nie przezylismy jescze nigdy. Czulismy sie bezpiecznie i wiedzielismy ze lodz sie nie przechyli - bo byly odpowiednie balasty bambusowe, ale 100 wejscie na fale, ktore konczylo sie naszym calkowitym zamoczeniem bylo okropne. Nie widzielismy niczego. Woda nie tylko nas otaczala, ale tez oblewala zewszad. Woda mialem w ustach, w oczach, w nosie. Bylismy calkowicie zmoczeni i nie bylo jakiejkowliek peryspektywy, ze to sie skonczy.
Balismy sie nawet pytac kapitana, kiedy doplyniemy, bo byl tak skoncetrowany na trasie. Co gorsza, za kazdy kolenym klifem mielismy nadzieje ze to juz, ze jestesmy juz blisko Sengiggi. Odliczalismy pierwszy klif, drugi. trzeci, osmy, jedenasty, szesnasty. Potem juz nie liczylem bo nie mialem nadzieji, ze doplyniemy w jakims sensownym czasie do naszej plazy. O 17:07 po 4 probach zacumowania wyciagneli nas z lodki. Szczegolnie mi bylo trudno wyjsc o wlasnych nogach, bo czulem, ze blednik nie dzialal tak jak trzeba. Pierwsza osoba, ktora zobaczylem na ladzie, i ktora do mnie zagadala to byl Ali (patrz poczatek wpisu). Popatrzyl na mnie i ze zlosliwym usmiechem powiedzial: mister you didn't ask about the weather, I knew it was bad. Myslalem, ze faceta rozniose. Ale poniewaz przetrwalem pomyslalem sobie, ze dobrze, ze jego wlasnie nie wybralismy.

Jak wszedlem do pokoju w hotelu, to zobaczylem, ze moja komorka, ktora na szczescie ze soba nie wzialem (bo by przemokla) pokazywala, ze mam zostawiona wiadomosc.
To byla wiadomosc od Mohadana. Mocno mnie rozbawila. Zrezygnowalismy z kolejnej wyprawy na Gilli. Nastepny dzien byl spokojny.
Titanic zatonal! Ale my dalismy sobie rade!

Pytanie 17
Jak nazywaja sie 3 wyspy Gilli?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

Lombok - Troche po centrach

Adi. Adi to kolejny taksowkarzo-kierowca, ktorego napotkalismy na swojej trasie. Wlasciwie nie my jego, ale on nas. Adi ma 29 lat, jest chudziutki, zadbany i dobrze ubrany. Opowiedzial nam historie swojego zycia - poczawszy od pierwszego malzenstwa, z bardzo bogata dziewczyna. Niestety tesciowie go nie akcptowali. Adi pochodzil z nizin spolecznych, krotko mowiac byl biedny. Pomimo milosci jaka nadal darzy swoja byla zone i synka, niestety zyje w nowym zwiazku. Rozwidl sie i ozenil ponownie. Z nowa zona jeszcze nie ma dzieci, no i jest od niego duzo mlodsza. Tej historii bysmy nie znali, gdyby nie zaczepil nas na ulicy w Seggigi i nie wynegocjowal sprzedazy wycieczki sladami tzw. primitive tribes.

Zaczelismy od odwiedzin w wiosce, centrum przemyslu ceramicznego na Lomboku. Jak wszyscy wiecie, jestem wielkim fanem garncarstwa. Juz nie raz chcialem sie zapisac na kurs, ale to termin nie taki, to nad first choicem musialem pracowac. Zatem dojechalismy do wioski. No i tu niestety Adi mnie rozczarowal. Zamiast do pracowni, fabryki, zakladu czy spoldzielni garncarskiej zawiozl nas do ... supermarketu z ceramika. Wybor byl calkiem spory, kolory ciekawe. Wybralem kilka rzeczy, Magdusia o dziwo, ala z trudem zaakcpetowala jeden lub drugi garnek. Ale cos we mnie peklo, poczulem, ze te garnki nie sa mi przeznaczone. Grzecznie podziekowalem i wyjechalismy. Zapytalem Adiego czy moze nas zawiezc do producentow. Niestety okazalo sie, ze jest to niemozliwe. Wszyscy rekodzielnicy o tej godzinie, a bylo to w poludnie, sa niby w polu i zajmuja sie zbieraniem soji. Jakos w to nie moglem uwierzyc i nadal nie wierze. Pewnie nie byly to wyroby lokalne ale importowane z Chin lub Wietnamu. A takie ladne.


Z centrum przemyslu ceramicznego przejechalismy w kilka minut do centrum wlokienniczego. Tu sprawa wygladala duzo lepiej. Urocza przewodniczka (angielskiego uczyla sie na kursie letnim w 3 miesiace) oprowadzila nas po wiosce. Trafilismy na przygotowania do slubu w sobote. Troche to dziwne byl wtorek a juz gotowali ryz na sobote. Dobrze, ze nas nie zaprosili, hehehe. W innym domu Magda probowala tkac. Jak sie okazuje, glowa domu w tej wiosce jest osoba, ktora potrafi tkac. Pierwszy raz podczas naszego pobytu, czulem sie jak Magdusia caly czas w Indiach. Wszyscy sie do niej zwracali - Magdalena chcialabys sprobowac tkac, Magdalena chcialabys zobaczyc kolejny dom, Magdalena chcialabys cos kupic? A mnie to nikt o nic nie zapytal. Oj przepraszam, Magdusia zapytala mnie, czy ponegocuje troche przy zakupie niby to obrusika niby narzutki. Zgodzilem sie, nawet calkiem niezle mi poszlo.


Z centrum wlokienniczego pojechalismy do skansenu. Przynajmniej takie mielismy wrazenie. Chociaz przewodnik po wiosce powiedzial nam, ze tak tu ludzie zyja, ale cos nam nie pasowalo w tym wszystkim. Ciekawe tylko dlaczego przewodnicy siedzieli przed wioska pod bambusami i bylo ich kilkunastu. A nikt z samej wioski nie byl zainteresowanym oprowadzeniem po niej.


Mieszkancy generalnie odpoczywali, moze dlatego ze bylo to w poludnie? Jedna z rodzin zaprosila nas na kawe. Takze bylismy na kawie u Sasakow. Tak nazywa sie wlasnie rdzenni mieszkancy Lomboku. Kawa byla zaje... mocna, do tego byly ryzowe ciasteczka. Generalnie, chyba bylismy dla nich atrakcja. Od przewodnika, dowiedzielismy sie jeszcze, ze u Sasakow, mezczyzna spi przed domem, a kobieta w domu. No chyba, ze sa zaraz po slubie to wtedy spia razem. Kiedy mezczyzna chce splodzic kolejne dziecko, lub poprostu pobaraszkowac z zona, wtedy puka do drzwi. Kobieta moze go wpuscic lub nie. No widac, ze to juz kolejne miejsce na tej wyspie, gdzie mezczyzn traktuje sie podmiotowo.


Ostatnim przystankiem tego dnia, byla Kuta. Oczywiscie nie Kuta na Bali ale Kuta na Lomboku. Obie Kuty maja jednak wspolna ceche. Jest to centrum surfingu na wyspie. Chociaz my serferow widzielismy w uroczym barku na plazy, ale pewnie w sezonie jest ich tu wiecej. Za to widzielismy urocze dzieciaki taplajace sie w przejrzystej wodzie.


Adi sie sprawdzil, kupimy od niego wycieszke na Gili.


Pytanie 16
Kto to jest Balik?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

środa, 7 października 2009

Lombok - Czas wreszcie odpoczac

W kazdej podrozy nalezy sie nam chwila odpoczynku od zwiedzania, przemieszczania sie, organizowania. Potrzebujemy lekkigo luksusu. Po ponad 2 tygodniach podrozy, wstawania o 3.30 i 5.00, wreszcie wyspalismy sie do 7.30!!! A dlaczego do 7.30? Bo w tripadvisorze, bylo napisane, ze hordy Niemcow kradna reczniki i blokuja lezaczki w naszym hotelu. Oj my naiwni, naiwni. Jakie hordy, jacy Niemcy, tu nie ma prawie nikogo w naszym hotelu, oprocz kilkunastu par zakochanych, jakby zaraz po slubie byli. Lezaczki nie byly zablokowane do konca dnia, ale dzieki wczesnej pobudce, przeszlismy sie, plaza w te i nazad, zaczepiani za to przez hordy lokalnych sprzedawcow. To podrozy na Gili, to koralikow, to masazy, czego oni tam nie sprzedawali jeszcze. Na Gili to pojedziemy, ale koralikow nie planujemy kupic, masaze tez raczej bedziemy uskuteczniac w lokalnych spa.

Pobyt na basenie byl bardzo mily, wytrzymalismy 2 godziny i stwierdzilismy, ze nie po to jechalismy 13 000 km, zeby sie wylegiwac pod kokosami. Po za tym, wszyscy tu sa szczupli i mlodzi, a to nie jest mily widok.

Po poludniu zajelismy sie wzyklymi sprawami jak lunch, masaz, mango juice i aranzacja transportu na nastepny dzien. Jest plan pojechac ogladac rdzennych mieszkancow wyspy i ich domy. Mam plan kupic sobie garnki.

Wieczorem, postanowilismy zastosowac diete owocowa, nie chcialo sie nam nigdzie wyjsc, w koncu plan byl wreszcie opoczac. Z poczucia obowiazku poszedlem jednak do kafejki i napisalem 2 relacje z poprzednich dni. Wracajac mialem lekkiego stracha, bo Magdusia nie dala sie namowic na wyjscie, wiec wracalem sam. U nas na wyspie, to prad jest deficytowy i co chwile go wylaczaja. Trafilem wlasnie na taki moment i do naszego hotelu ciut oddalonego od "centrum" troche trzeba przejsc w ciemnosciach.
Jak przyszedlem do hotelu, Magda nawet nie zauwazyla mojego przyjscia i mojej nieobecnosci, bo Titanic, wlasnie zatonal. Trzy godziny minely jej niepostrzezenie.
Teraz mam juz kolejny dowod na to, ze w zyciu nic nie dzieje sie bez powodu, ale o tym w relacji za 2 dni.

Pytanie 15
Co to jest Linia Wallace'a i jaki ona ma z nami zwiazek?
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie!

wtorek, 6 października 2009

Ubud - Dluga historia, krotki lot

Czyli co zrobic, zeby doleciec na Lombok. Historie ten dedukuje tym wszystkim, ktorzy wierza we mnie i zasypuja mnie pytaniami o dzialanie linii lotniczych, rozklad lotnisk, aktualne promocje, czas wylotu, przylotu samolotow, a takze prawo przewozowe w transporcie lotniczym.
Zachcialo mi sie, leciec samolotem z Bali na Lombok. Magdusia namawiala mnie na speed boat, ale pamietajac swoje przygody z dziecinstwa, a takze podroz do Wietnamu, kombinowalem, jak tu uniknac drogi morskej. O to dluga historia, krotkiego lotu.
2.10.2009
15.46 w czasie masazu decydujemy sie leciec na Lombok samolotem
15.57 jestem w biurze podrozy, szukam wolnych polaczen, logujemy sie na merpati.com
16.17 agent biura podrozy, nie moze nas zabookowac na lot, bo go nie ma
16.19 pojawia sie nasz lot w systemie, agent informuje mnie, ze merpati not good airline
16.29 bilet kupiony i zaplacony na 4.10.2009 godz. 8.00 AM
16.49 udalo sie nam wydrukowac bilet

3.10.2009
mam zasade w zyciu, ze nie wierze, zadnym agentom i liniom lotniczym, zawsze sprawdzam na stronach nie tylko linii ale i lotnisk, przewidywane starty i ladowania. Mialem przeczucie, zaciagnalem Magdusie do kawiarenki, o to co sie dzialo.
21.26 na stronach lotniska odlot zaplanowano na 13.00
21.28 na stronach merpati odlot zaplanowano na 18.00, czyli 10 godzin opoznienia
21.35 telefon do merpati, po 4 przelaczeniu wkoncu trafiam na osoba mowiaca po angielsku, potwierdza, ze odlot "chyba" jest o 18.00
21.51 email od merpati z nowym czasem wylotu 18.00
23.25 rozmowa z naszym kierowca Ketutem, o zmianie godziny wylotu. Nie wstajemy o 4 rano, nawet sie ucieszyl

4.10.2009
dzien rozpoczal sie fajnie, lekki shopping w ubudzie, spracer, kafejki, mielismy szanse poczuc jeszcze atomosfere miasta.
13.50 zamiast Ketuta jest I Made, sympatyczny, mowi po japonsku
14.47 w Denpasar w hotelu zostawiamy moje rzezby
15.10 jestesmy na lotnisku, ale nie wierze merpati
15.14 facet w merpati, mowi, ze oni leca, ale nie o 18 ale o 20.40, czyli mamy jeszcze 5 godzin, szlag nas trafia
15.27 baba w merpati, nie ma szansy nas odprawic, zadamy rozmowy z kierownikiem
15.47 kierownik mowi - you will fly mister, I am sorry for merpati. I'm finding.
16.02 sprawdzam w Garuda i Trigana Air, wysmiali nas, nie maja zadnych miejsc
17.09 odlatuje Trigana Air bez nas, I am trying mister
17.22 wychodzimy z lotniska napic sie kawy, zahaczam o Garude, z glupia franc pytam o bilety
17.23 sa ostatnie 2 bilety w klasie biznes, robie rezerwacje
17.27 szukamy kierownika, na naszego sms odpowiada smsem (patrz zdjecie)
17.40 kierownik dostaje zawalu serca, mowimy mu ze nie lecimy merpati jak nam odda pieniadze lecimy Garuda.
17.57 bez pokwitowania oddaje nam pieniadze, a ja kupuje bilet na Garude. Rezerwacja wygasa o 18.00
19.40 siedzimy wygodnie w pelnym samolocie Boeing 737-400 Garuda Indonesia ze 136 pasazerami
20.09 ladujemy na Lombok

Lot trwal 19 minut.
Never merpati again.

21.40 merpati nadal nie wylecial z Bali


Pytanie 14
Wymien 4 indonezyjskie linie lotnicze.
Odpowiedz na to pytanie prosimy przeslac na adres korzewscy@gmail.com podajac adres do korespondencji. Wylosujemy zwyciezce, ktory otrzyma od nas kartke pocztowa. To bedzie niespodzianka. Zachecamy do udzialu w konkursie! .